***

W swoim biurze nad jeziorem Lemańskim Monsieur P. porządkował papiery. Niewielki karton zapełniał się powoli, ale nieubłaganie. Tak, kolejna przeprowadzka, tym razem do Zurychu, bliżej północnej granicy ze strefą Schengen.

Monsieur P. przejrzał się w służbowym lusterku i delikatnie poprawił nową fryzurę. Wbrew wcześniejszym obawom czuł się w swoim nowym wcieleniu znakomicie, choć przywyknięcie do nazwiska Ramka kosztowało go wiele samozaparcia. Tymczasem cieszył się na nowe wyzwania, zwłaszcza na kontakty z niedawno poznanym komisarzem Fomą. Ich spotkanie na kongresie na temat intelektualnych nadużyć wywarło na P. elektryzujący wpływ. Komisarz w towarzystwie aspiranta Podhalańskiego otwierał przed znudzonym ekspertem nowe, fascynujące perspektywy.

Spod kwitów i rachunków hotelowych wyłonił się arkusz z referencjami: “Zadanie Ramki polega na wsparciu swoimi umiejętnościami w wielu decydujących momentach. Obok zwyczajnych technik werbalnych, kolejną jest świetne opanowanie sztuk walki. Nieraz będzie musiała konkretnie przywalić i przykopać”.

 

I

- Foma, mam dla ciebie dwie wiadomości, obie złe – usłyszał komisarz, gdy bez pukania otworzyły się drzwi do jego gabinetu i na fotelu rozparł się Szef. - Będziecie mieli świeżą krew.

- Rozumiem, że mam nie dyskutować, tylko podziękować za wsparcie. Ale to jedna zła wiadomość. Jaka jest ta druga?

- Taka, że świeża krew pewnie nic nie umie, i musicie ją tutaj dopiero nauczyć życia.

- To czyjego siostrzeńca dostanę pod skrzydła? - spytał spokojnie komisarz, w duchu ciskał jednak jedno przekleństwo po drugim.

- Pewnie jakiegoś Holendra. Dostaliśmy na staż studenta z tamtejszej szkoły policyjnej, podobno bardzo chciał terminować u ciebie. Sam nie wiem gdzie usłyszał o twoim biurze.

- Dobrze chociaż, że nie muszę się z nim cackać – uśmiechnął się pod nosem Foma. - Już my go z Podhalańskim przećwiczymy.

- No to widzę, że to wcale nie była taka zła wiadomość – podsumował Szef. - Tak też myślałem, dlatego drugą złą wiadomość zostawiłem na później. Przychodzi do was też na pewien czas jakaś doktorantka. Zbierać materiały. Doktorat z psychologii czy coś, nie wnikałem. I z nią trochę się cackać musisz, ale tak w normie, bez lizodupstwa.

Komisarz Foma popatrzył smutno na wychodzące plecy Szefa. W takiej gromadce o rozpracowywaniu Boordella mógł na jakiś czas zapomnieć.

 

II

Dwa dni później komisarz Foma nucił pod nosem „Rama Lama Ding Dong”, numer jeden na liście internetowego magazynu Korean Rock Station od dwudziestu tygodni. Oglądał zdjęcia z kongresu “Intelectual abuse” w Nicei i wydawał się wyjątkowo pozytywnie nastawiony do życia i pracy. Hałas przy drzwiach wejściowych wyrwał go z rozmarzenia.

Odsunąwszy notebooka spojrzał surowo na stojące u drzwi osoby. - No tak, ten Podhalański znowu zgarnął z ulicy jakiegoś menela - pomyślał. - Ile razy mam powtarzać, że żebractwo nie jest nadużyciem intelektualnym? - westchnął pod nosem i dobry humor zamienił się w codzienny neutralny dystans.

Podhalański zasalutował i zameldował z wielkim podnieceniem – panie komisarzu, przyjechał ten Ordnung z Utrechtu!

- Dzień dobry panie komisarz! - młodzik z marynarskim workiem na plecach rzucił się na powitanie, potrącając doniczkę z paprotką. Podhalański zwinnym szczupakiem złapał ją w ostatniej chwili i odstawił na miejsce. Młody Holender spojrzał na roślinę i szeroko roześmiał się.

- Oh, bardzo liberalna policja, cannabis w biurze, great!

Foma zbył tę uwagę milczeniem.

- Co ja ci mogę dać na początek? - zastanawiał się na głos, patrząc z ukrywanym zaciekawieniem na młodego Holendra. - Może uporządkujesz papiery z akcji w Korei. Nie ma się czym chwalić, więc tylko zebrać wszystko do kupy, wyciąć to i owo, ponumerować załączniki i do archiwum.

Johan Ordnung kiwał potakująco głową, starając się zapamiętać każde słowo i dowiedzieć się czegoś więcej o swoim nowym szefie.

- A i jeszcze jedno, jak ja mam do ciebie mówić? Jak tam u was w Holandii zwracacie się do siebie?

- Zwykle po imieniu i, żeby było bardziej friendly, jak się da, to dodajemy dużo tych, no, vowels - nieudanie szukał słowa stażysta.

- Czyli ma być Hans?

- Wolę po Familienname, Ordnung must sein - ukłonił się i wyszedł za Podhalańskim, zabierając stos papierów. Komisarz zaskoczony pomyślał, że z tego Ordnunga mogą być ludzie.

 

III

Przełożeni Ramki od kilku godzin siedzieli w zadymionym pokoju. Wszystko przez ten donos, te zdjęcia, ten raport. To był dla nich cios. Ich ulubiona Ramka, o której myśleli, że jest kobietą i pochodzi z dobrej, czeskiej rodziny, osiadłej w średniowieczu na Śląsku (a jak wiadomo, w Szwajcarii wszystko co dobre, osiadło w średniowieczu), okazała się poszukiwanym przez Interpol Monsieur P.

- Co teraz zrobimy? - zapytał przełożony A.

- Poszukamy innej Ramki. Może tym razem jakiegoś faceta - zaproponował przełożony B.

- To jest jakaś opcja. Ale skąd go weźmiemy? - zauważył możliwości i trudności przełożony C.

- Słyszałem o takim jednym w Polsce, to niedaleko od Śląska. Ma dużo wolnego czasu - rzucił A. - Tylko trzeba go jakoś przekonać.

- Na pewno da się przekonać, już są na to sposoby. Posmarujemy mu łapę miodem i się nie wywinie – C. wydawał się uspokojony. - Zajmiesz się tym? – skierował pytanie do B.

- Nie ma sprawy. A ty znajdź numer do Polski do jakiegoś komisarza Fomy. Ramka coś dla niego przygotowywała w naszym imieniu, zostawiła niedokończony raport. Nasi ludzie nie znaleźli w tym nic, czego nie można odesłać zaprzyjaźnionej policji, oczywiście z zastrzeżeniem, że to nie do rozpowszechniania.

- To wszystko? - zapytał podsumowująco B. - Jeśli tak, to może zapalimy świeczkę w intencji udanej zmiany?

- Gdzie postawimy te kopcące dewocjonalia? - wtrącił C.

- Może ołtarzyk Ramy? Jest taki w Indiach. Akurat nadaje się na patrona operacji - popisał się erudycją A.

- Świetnie - ucieszył się B. - Ramie świeczkę, a Fomie kaganiec.

 

IV

W tym samym czasie pociąg z Monsieur P. dojeżdżał do dworca w Kutnie. Na peronie miał czekać sam John Boordell.

Oparty o solidny kufer z trupem Ramki w środku, Monsieur P. starał się jeszcze raz rozwiązać zagadkę swojej dekonspiracji, ale żaden powód nie przychodził mu do głowy. Rola oficera Ramki w szwajcarskiej policji była znakomicie przygotowana. Zadbano nawet o wykazanie ciągłości Ramki z, uwidocznionymi w dokumencie lokacyjnym zapomnianej już śląskiej Porażki, husytami. Ale ktoś jednym celnym ruchem zepsuł wszystkie lata sekretnych sukcesów. Kto? Tego należało się dowiedzieć, a pomóc mógł tu John B.

A wszystko zaczęło się wiele lat temu na kolacji. Podochocony znakomitym Amarone Monsieur P. słuchał Gordona nieuważnie. Te zuryskie seminaria miały swoje dobre strony, zwłaszcza bankiety, wieczne spicze i niekończące się toasty, w których brylował uwodzicielski Zeenowiew z Petersburga.

Jednak to nie on pozostawił po tym wieczorze największe wrażenie. Gdy pogwarki i śmiechy ustały, a międzynarodowe towarzystwo zamieniło się w słuch przy wieńczącej bankiet laudacji, szept w uchu P. odpowiedział na odwieczne pytanie: kim jestem? Miesiąc później w swoim nowym gabinecie, już jako Ramka, wystukała komentarz pod fikcyjną aukcją: zmienna metasyntaktyczna to ja.

 

V

- Pani Ala i doktorat - zachichotał ukryty jak zwykle za dalekopisem Podhalański - chyba z lepienia pierogów.

- Co tam mruczycie, Podhalański? - zainteresował się komisarz, ponownie zajęty oglądaniem fotek. Było już dawno po zachodzie słońca, ale Foma nigdzie się nie spieszył. Zanim zmieszany aspirant zdążył odpowiedzieć, dalekopis zaterkotał złowieszczo.

- Szefie, jest robota! - Podhalański usłużnie podał najnowszy faks. Wariacje na Rondzie Tureckim, pilne wsparcie pożądane, w sprawę zamieszanych jest dwoje Francuzów.

- O, jest cos dla naszego gościa - Foma delegował chętnie, tym bardziej, że po francusku umiał, ale się wstydził tak przed obcymi. - Bierz Johana i idźcie sprawdzić, co się dzieje. Jakby się upierali, że to tylko taka mała nocna muzyczka, to nie dajcie się zbałamucić. Wszyscy tak mówią, a potem ludzie spać nie mogą i wydzwaniają, żeby im powiedzieć, który opus, kto jest kompozytorem, kto napisał libretto, gdzie miała miejsce prapremiera.

Podhalański bardzo nie lubił, kiedy komisarz używał tylu niezrozumiałych słów, że nawet nie można było z kontekstu domyślić się o co chodzi. „Kontekst” na początku też był niezrozumiały, ale z czasem się wyjaśnił i teraz Podhalański lubił wykorzystywać to słowo w różnych sytuacjach.

Godzinę później głos aspiranta w słuchawce brzmiał rozpaczliwie - Szefie! Francuzów grzecznie pogoniłem, w kontekście Iraku ma się rozumieć, chociaż odgrażali się, że powiadomią króla, Roger mu było czy jakoś tak. Ale jest gorsza sprawa: zjawiła się cala banda ze szkockimi flagami!

- Jakiś mecz? – spytał krótko komisarz.

- Jeszcze nie wiem – odpowiedział rzeczowo Podhalański. - Johan ich pytał po angielsku, niemiecku, francusku i jeszcze w jakimś, a oni wciąż “Top Secret” i „Top Secret”. Kupiłem „Przegląd sportowy”, przejrzę terminarz, to może coś się ustali.

- Dobrze. Zgarnijcie ich na pobliski komisariat. Nie ma co daleko jeździć na przesłuchania. A za dwie godziny raport ma leżeć na moim biurku. Potem odprawa.

 

VI

- Szefie, czy to prawda, że my, mężczyźni, mamy inną zdolność koncentracji, niż na przykład pani Ala? – zapytał po odprawie Podhalański. Lubił czasem porozmawiać z komisarzem o sprawach pozazawodowych i dowiedzieć się czegoś o świecie. Niestety, po przyjściu do Biura Ordnunga, a jeszcze bardziej, ze względu na ciągłą obecność doktorantki Alicji, nie było ku temu okazji. Teraz jednak Alicja powinna zbliżać się do Kutna, by podjąć pierwszą, samodzielną akcję w terenie – przejęcie Monsieur P. Komisarz Foma nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu, tym bardziej, że doktorantka, jako cywil, nie była objęta ubezpieczeniem OC Policji, ale w końcu się zgodził. Trzeba było wszak jakoś wykorzystać sygnał ze Szwajcarii.

Wyrwany z zamyślenia komisarz Foma poderwał się na brzmienie słów “pani Ala” i rzucił na poszukiwanie konewki. Kwiatki od dawna nie były podlane. A to przypomniało komisarzowi, że od rana nie wypił jeszcze kawy. No tak, odkąd pani Ala wyruszyła na misję specjalną nic nie było tak, jakie było dotychczas. Dlatego Podhalański stwierdził potem, że czasem lepiej nie wiedzieć za dużo o świecie.

- My mężczyźni mamy wszystko zupełnie inne. A koncentracja nie jest tu wcale najważniejsza.

 

VII

John Boordell bezradnie rozglądał się po pustym peronie. „That’s impossible, przecież w tym kraju jeszcze żaden pociąg nie przyjechał punktualnie, a teraz, ausgerechnet! Dlaczego P. nie odbiera telefonu? I gdzie jest moje auto?” – mruczał poirytowany pod nosem. W narastającej panice nie zauważył, jak jego limuzyna cicho przemknęła po pobliskim rondzie i znikła w ciemności.

Boordell oddychał z trudem. „Panic room, panic room” - kołatały mu w głowie strzępki wdrukowanych w głowie procedur działania. Bliski omdlenia wyszeptał “panic room”.

- Rum? Rumu nie mam, ale łyknij pan tego – zaraz za rosyjskim akcentem podążyła pomocna dłoń z dużą piersiówką.

Courvoisier - wyszeptał ze zdumieniem Boordell. – Zeenowiew? Co tu robisz? - wzmocniony dużym haustem alkoholu trzeźwiej oceniał otoczenie.

- Pan mnie zna?

W tym momencie Boordell znowu ogarnęła panika. Jeśli Zeenowiew pojawia się ni z tego ni z owego w takim miejscu, to może czeka też na Monsieur P., ale czy tego samego? Może na samego Towariszcza P.? A spotkanie z Towariszczem P. zawsze jest cholernie niebezpieczne - na wszystkich kursach był prymusem i ma wszystkie możliwe pasy i guziki, więc jeśli się go ma nie po swojej stronie to strach nawet wchodzić do kibla! “O Courvoi…” - przeklął w myślach. Podjął jedyną możliwą w tej sytuacji decyzję – nacisnął przycisk awaryjny.

- Czy my się znamy? – dopytywał się Zeenowiew, generał, nie lejtnant. Dzień wcześniej rozpoczął, odwróconym śladem Napoleona, drogę do Paryża, ale wysiadł okazyjnie w Kutnie. Badawczo zajrzał w oczy nieznajomemu.

Ten nerwowo naciskał guziczki na swoim komunikatorze marki nokia i z napięciem wpatrywał się w symbole pojawiające się na monitorze. Wreszcie! Na ekranie urządzenia zabłysło żółte pulsujące światełko i rozległ się elektronicznie modulowany głos: “Emergency, what’s your problem?” W tym czasie druga komórka Boordella zawibrowała i zagrzechotała. „Kto zna mój nowy numer pre-paid?” - zdziwił się i odczytał esemesa z zastrzeżonego numeru: „To zasadzka, wszystkie drogi zablokowane. Uciekaj drezyną, podstawiają ją właśnie na drugim peronie. Overburrdeal”.

Zaskoczony Zeenowiew obserwował znakomitą pracę mięśni Boordella, który doprowadzał swoją drezynę do prędkości uciekającego zająca. ” Jakiś ważniak”- pomyślał generał - “dwie komórki!”. Tymczasem skrzeczący głos z megafonu zapowiadał wjazd pociągu do Paryża z opóźnieniem 180 minut.

 

VIII

Trzy godziny później, w wagonie sypialnym generał Zeenowiew z ulgą wyjął kota zza pazuchy. Nie zapalając światła w przedziale posadził zwierzątko na pościeli przed otwartą porcją sheby. Tylko ten rodzaj jedzenia powodował piękną aureolę, na tyle jasną, że generał mógł w jej świetle nadać pilny esemes do francuskiego kontrahenta: Mam Putina, szykuj pieniądze. O tak, błękitne oczy kota i jego baczne inteligentne spojrzenie nieodparcie przypominały mu ukochanego prezydenta.

Nie czekał długo na odpowiedź, ale ta wcale go nie uradowała. „Krzyżówka z Alikiem już nieaktualna. Pieniądze wydane. Za podróż zwrócimy” odczytał Generał. Zaklął pod nosem i zamówił u przechodzącego konduktora butelkę gruzińskiego koniaku.

Konduktor zbaraniał.

Gruziński koniak w pociągu do Paryża! Po przekroczeniu byłej radzieckiej strefy wpływów! Miał wprawdzie zachomikowaną jedną butelkę, jeszcze z czasów, gdy przemycał pod podłogą teatralne trupy z Kaukazu i rekwirował im alkohol, żeby za głośno nie śpiewali w swoich językach, bo a nuż jakieś bezecenstwa, ale czy ten facet z kotem to nie jest to jakiś podstęp? Kto przy zdrowych zmysłach żąda gruziński koniak. Couvoi…, to rozumiem, Mouton Rothshild rzadziej, ale też ujdzie, malt scottish, też już było, nawet chartreuse, nie mówiąc o szampanach gatunku wszelkiego. Ale gruziński koniak…? Kroplisty pot zrosił jego służbowe oblicze. Pobladł.

Odwrócił się na pięcie, pobiegł do służbówki, odrywając jeden po drugim guziki od uniformu i wyliczając: podać, nie podać, podać, nie podać, podać, nie podać, podać, nie podać, PODAĆ!

Z ulgą przytaszczył mocno przykurzona butelkę.

Generał niedbale machnął ręką. – Postawić – rozkazał jak w swoim stepie szerokim. - A guziki to moglibyście poprzyszywać! Co rosyjski człowiek sobie o Zachodzie pomyśli patrząc na was.

 

IX

- W nocy wszystkie koty są pomarańczowe - rzucił Monsieur P. od niechcenia. Alicja zdretwiala wewnętrznie. „Nowe hasło, a ja nic nie wiem? Ta szwajcarska precyzja jest przereklamowana.

- Za rok będzie wersja zielona - zaryzykowała.

- Nie sądzę, w trawie nie będzie widać - Monsieur P. zalozyl nogę na nogę odsłaniając perfekcyjnie wydepilowane zgrabne kolano w jedwabnej pończoszce.

Alicja z zawiścią potarła podbródek. Trzydniowy zarost swędział coraz bardziej irytująco. Znany z niechlujnego wyglądu Boordell nie był trudny do podrobienia, ale ten kłujący zarost działał jej na nerwy.

Doktorantka prowadziła limuzynę bocznymi drogami. Monsieur P. z zaciekawieniem kontemplował okoliczny krajobraz.

- John, mógłbyś zatrzymać się? Chciałbym przez chwilę pooddychać tym wiejskim powietrzem.

Alicja kiwnęła potakująco głową. Zatrzymała się na poboczu. Wyszli razem z samochodu, robiąc kilka kroków to w jedną, to w drugą stronę. Na moment usunęły się, bo drogą przejechała czerwona betoniarka.

- Ciekawy breloczek, mogę obejrzeć? - Monsieur P. patrzył uważnie na kluczyki do limuzyny, trzymane w dłoni przez Alicję.

- Oczywiście - Alicja podała P. je niedbałym ruchem dłoni, skrywając przy tym źle zmyty lakier do paznokci - kiedyś były to wystawione w Tate Gallery kolczyki nałożnicy perskiego szacha, ale uznałem, że doskonale pasują do tapicerki - powiedziała niedbale Alicja głosem znakomicie przypominającym Boordella.

Monsieur P. ocenił wagę breloczka i nagle, bardzo szybkim ruchem, wyjął z torebki pilniczek do paznokci, którego ostry koniec w jednej chwili zatrzymał się przy skroni Alicji.

- Nieźle to wykombinowaliście, ale następnym razem musicie popracować nad szczegółami - wyraz twarzy Monsieur P. zmienił się diametralnie. -Pozdrowienia dla uroczego komisarza Fomy. Tylko przez wzgląd na niego pozostawiam cię w jednym, nienaruszonym kawałku - wydepilowane kolano uniosło się na wysokość brody Alicji, a dłoń dzierżąca kluczyki wykonała przed oczami błyskawiczny ruch.

Chwilę później Alicja siedziała oszołomiona na poboczu, patrząc na oddalający się samochód. - Cholera jasna - klęła na głos Alicja - obstawiłam niewłaściwy kolor. A ten przystojniak z Holandii miał rację. Trzydniowy zarost jest passe nawet u terrorystów. Dobrze, że chociaż ten P. zostawił mi komórkę.

Monsieur P. mógł sobie pozwolić na tą pozorną nieostrożność. Alicja znalazła zasięg dopiero po kwadransie marszu. Gdyby maszerowała w tradycyjnych dla siebie szpilkach, skontaktowałaby się z Fomą znacznie później.

 

X

No to posmakowałaś pracy w terenie - komisarz Foma wydawał się mało przejęty niepowodzeniem. - Nie spodziewałem się, żeby coś z tego wyszło, ale miałaś okazję odczuć smak porażki na polu walki - uśmiechnął się lekko przy ostatnich słowach.

- To po co do diabła mnie tam posłałeś? - warknęła Alicja, która od powrotu radiowozem z okolic Kutna czepiała się każdego.

- Pozwolisz, że na to pytanie odpowiem kiedy indziej. Teraz musimy zastanowić się, w którym kierunku poprowadzić nasze działania. I co sobie odpuścimy - Foma spokojnie zalewał wrzątkiem pachnące mate, otrzymane dzień wcześniej od znajomego Argentyńczyka. Alicja ze zdumieniem zauważyła, że prowadzenie czajniczka dłońmi przypomina ruchy mężczyzny w tangu.

- Ramkę na razie odstawiamy na półkę – komisarz gestem dłoni powstrzymał Alicję od komentarza. - Decyzja jest z góry i lepiej jej nie kwestionować. I pozostawiony przez Monsieur P. nic tutaj nie zmienia, tym bardziej, że odjechał i nie wiemy, gdzie się znajduje.

- Czyli pierdzimy w stołki, tak? - Alicja czuła, że musi znaleźć sobie pretekst do burzy, a Foma co chwila wytrącał jej broń z ręki. Delikatny przytyk komisarza o zaginionym bagażu zignorowała dzięki sile swojej kobiecej koncentracji.

- Nie – koncentracja komisarza była niezmącona - mamy do przesłuchania tuzin Szkotów. Wydaje się, że pod pretekstem kibicowania chcieli wyciągnąć od nas berlinkę. Nawet tak ładnie ją nazywali – Hertha.

- O - zainteresowała się Alicja. - Sprawka Boordella?

- Tym razem raczej nie. Z tego co wiemy, w robotę zamieszana jest hiszpańska mafia. Nazwisko Dali coś ci mówi?

- Nie, poszukam w necie - zdawało się, że doktorantka zaczynała zapominać o Kutnie.

- To odmaszerować. – służbowo zakończył Foma. Po wyjściu Alicji przez chwilę patrzył przez okno. Do luchnu z Zeenowiewem miał jeszcze godzinę.

 

XI

Ze względu na epidemię grypy, doktorantka zrezygnowała z policyjnego Internetu. Od czasu swojej pierwszej gry ATARI wiedziała, że trzeba uważać na wirusy. Wylądowała w pobliskiej kafejce internetowej.

Dali 大理, w narzeczu pinyin Dàlĭ, półmilionowe, pachnące herbatą miasto w prowincji Yunnan.

Z pasją zagłębiła się w opis rokoszu sułtana zwany popularnie Du Wenxiu Qiyi (杜文秀起). Skrupulatnie skopiowała wszystkie krzaczki do podręcznego notesiku, z którym nie rozstawała się ani na chwilę. A nuż się przydadzą…

Przejrzała wszystkie dostępne fotki, zwłaszcza świątyń, w tym Chong Sheng Si,重聖寺, rzuciła się do opisu poszczególnych etni:

Han (błąd ortograficzny na dzień dobry?)

Bai 白族 (pewnie literaci albo kosmonauci, tak jej się skojarzyło)

Yi 彝族 (o, yéyé)

Hui 回族 (tu skrzywiła się lekko z niesmakiem)

Lisu リス族 (lizusy niechybnie, pomyślała)

Miao , czyli surowy ryż (koty ryżu nie jadają, jak miodu, chociaż nie wiadomo, przemknęło jej przez myśl)

Naxi 纳西族 (to pewnie cos z wytwórnią płytową)

Achang 阿昌族

Kryptonim Dali otworzył przed nią nowe, niespodziewane perspektywy.

Nagle olśniło ją – „to ja się tego teraz mam na pamięć wyuczyć?”. Na wszelki wypadek schowała zapisany kajecik w miejsce nader bezpieczne.

 

XII

Zapadał zmierzch.

Szef kafejki rozglądał się za ładowarką do swojego samsunga. Rozmowa z Boordellem sprawiła, że jego naładowana do pełna komórka pobłyskiwała żałośnie ostatkiem sprawnych elektronów.

Ale John B. dostał co chciał. Doktorantka Alicja okazała się znakomitym punktem dojścia do zespołu komisarza Fomy. I było to takie proste! Podgląd ekranu, zapis wystukiwanych na klawiaturze klawiszy. Zdziwiło go tylko, dlaczego tak bardzo skupiła się na Azji. Czyżby Foma wywąchał coś o składach broni na pustyni w okolicy zniszczonego miasta Bam? Ale jeszcze bardziej zastanowiło Boordella, dlaczego doktorantka zupełnie odpuściła sobie hiszpańskiego ekscentryka, którego miano nosił szef konkurującego komanda.

 

XIII

Nikt nie czekał na Gare de l’Est. Z kotem za pazuchą i pustą butelką po koniaku w dłoni generał rozglądał się przekrwionymi z niewyspania oczyma. Nie potrafił spać przy świetle, a Putin - pod przykryciem, kot jednak postawił na swoim i był wyspany.

- Monsieur, czy przyjechał pan tym pociągiem z Polski? - Elegancka dama o szczupłych dłoniach pianistki zagadnęła go niespodziewanie. Madame Attente pilnie poszukiwała fachowca do kilku prac stolarskich w jej mieszkaniu. Tym pociągiem przyjeżdżało sporo młodych i przystojnych Słowian w poszukiwaniu pracy. Madame A. miała już naprawione krany i nową glazurę w łazience, ale te nieszczelne okna i drzwi domagały się świeżej krwi.

Po trzech dniach pobytu w Paryżu generał Zeenowiew zatęsknił za bunkrem w stepie i mołojcami. Roboty u artystki wykonał bez zarzutu, a poczta pantoflowa sprawiła, że on i jego hebel mieli wielkie wzięcie wśród przyjaciółek madame A. Jednakże miał już dość ciągłego częstowania ptifurkami i szampanem. Marzył mu się czarny rosyjski chleb z jesiotrem i dobrze zmrożonym kumysem. Poza tym i kończył mu się doroczny urlop.

Nie czekając na wypłatę wszystkich należności zebrał dotychczas zarobione 2750 euro i szlakiem Napoleona, z kotem przy boku żelazną koleją ruszył na Moskwę.

W przedziale nie byli sami. Musieli się zmieścić obok masywnego kufra, który ktoś z pasażerów musiał zapomnieć w pośpiechu wysiadania.

 

XIV

Przesłuchanie Szkotów zwiniętych w okolicy Ronda Tureckiego nie przyniosło żadnych informacji, poza tym że okazali się być Szwajcarami z Bazylei w wieku od 17 do 40 lat. Z zawodu byli bankierami, nauczycielami, studentami i stale powtarzali “Top Secret”.

Bliższa analiza jednej z flag wykazała, że nie przysłał ich Czerwony Krzyż, o co początkowo podejrzewał ich Podhalański. Dopiero sprytny chwyt Johana (fondue z dużą dawką żubrówki. Co prawda pojenie alkoholem nieletnich jest nielegalne, ale nie wszystko co takie legalne, pozytywnym jest…) nakłonił najmłodszego z nich do wyznania, że na Rondzie miała ich oczekiwać kompania reprezentacyjna Wolnych Strzelców Podhalańskich – aspirant nie wydawał się zainteresowany tym wątkiem - w celu wspólnych eksercycji (Johan nie wiedział, jak to będzie po polsku), a skontaktował ich ze sobą niejaki Monsieur P. również spodziewany na mityngu.

Monsieur P. z wiadomych względów nie zjawił się, a Szkotów trzeba było w końcu wydalić poza Unię Europejską, przez co wylądowali w Szwajcarii. Pozostały po nich tylko flagi i trąbki do kibicowania, które co do jednej przekazano do policyjnego laboratorium kryminalistycznego.

Duch w zespole nieco upadł, ale krotochwile Johana nie pozwoliła im popaść w odrętwienie.

 

XV

W dniu, w którym Foma z Podhalańskim mieli wieczorem odprowadzić Zeenowiewa na pociąg do Sankt Petersburga, komisarz otrzymał z Paryża grubą kopertę z czerwonym napisem “TOP SECRET”.

Po lekturze zasępił się, sięgnął po schowaną na specjalne okazje ukraińską wódkę miodową z ostrą papryką i wypił duszkiem pół szklanki. Zaraz potem zadzwonił do Zeenowiewa i poprosił go o natychmiastowe spotkanie gdzieś na mieście.

Zeenowiew nie pytał o powody, spotkali się po 13.

Foma błądził dłuższy czas po twarzy rosyjskiego kolegi, w końcu powiedział cichym, zmęczonym głosem: - Dlaczego mi nigdy nie powiedziałeś, że masz brata w armii? I to jeszcze szychę na południowej flance?

Zeenowiew jakby nie zrozumiał. Patrzył zbaraniały na Fomę. Ten sięgnął jedną ręką po kryształowy kieliszek, a drugą nabrał perlistego kawioru i stwierdził krótko.

- Masz. A co ciekawe, wiem o tym od Francuzów. Znaleźli jego ślady na butelce po gruzińskim koniaku. Jakaś rozhisteryzowana paryska pianistka przyniosła ją na komisariat twierdząc, że jej polskiemu [sic!] stolarzowi na pewno przytrafiło się coś złego, bo przepadł nie czekając na zapłatę. W banku danych Interpolu początkowo twierdzono, że to twoje DNA, ale sekcja informacji operacyjnej zlokalizowała cię u nas. Zaczęliśmy grzebać innymi kanałami i ktoś przy okazji skanowania wyników wspólnej operacji Rosja-NATO natknął się na generała Zeenowiewa. Z twarzy wypisz wymaluj – ty. Nie wiemy tylko, czy twój brat wie o twoim istnieniu.

Zeenowiew wypił szybko swoją wódkę i poczęstował się tą trzymaną przez komisarza. Foma bez słowa polał kolejką, którą spełnili w milczeniu. Potem nalał następną i następną.

Dopiero gdy butelka była pusta Zeenowiew odważył się zapytać - co to za jeden? I dlaczego teraz to wyszło? Wyglądało na to, że Zeenowiew jest szczery. Ale jeśli tak, to pozostawało wiele pytań bez odpowiedzi.

Jedno jednak było pewne — ktoś musiał wiedzieć o dwóch Zeenowiewach, musiał prostować ich ścieżki, by na siebie nie wpadli, a to może znaczyć, że i on jest pod dyskretną obserwacją. Komisarz Foma rozejrzał się dyskretnie dokoła, zadając sobie najważniejsze pytanie: kto tu jest obserwatorem?

- I jak ma na imię!

- Ha, to jest najciekawsze, że nie wiadomo. Imiona utajnione, tak jak twoje.

Zeenowiew błądził wzrokiem po zadymionej sali. A więc nie jest sam jeden na tym świecie, a jego mołojcy, a dawniej wychowawcy ze szkoły kadetów odeskich, a jeszcze dawniej ciocia Nadia z domu dziecka na Kołymie, a jeszcze dawniej niedźwiedź Misza, który ogrzewał go własnym ciałem po katastrofie śmigłowca nad Syberią, z której, jak mu mówiono, tylko on ocalał, nie są jego jedyną rodziną.

 

XVI

Pietuszkin, główny naczelnik rosyjskich służb specjalnych chciał wyjść z sauny, kiedy w drzwiach stanął jego zastępca.

- Telefonogram z Paryża! Francuzi wiedzą, że jest dwóch Zeenowiewow. W enigmatyczny sposób wiedzą o tym też Polacy. Kwestią czasu jest, kiedy bliźniacy też się o tym dowiedzą!

- Zamknijcie drzwi, bo ciągnie! – przerwał dbający o swoje zdrowie Pietuszkin. - Siadajcie, musimy pomyśleć, co robić?

Zastępca, w zimowym uniformie, westchnął i usiadł dyskretnie ocierając krople potu pod okularami.

- Może by im tak ponadawać imiona? - zaproponował nieśmiało.

 

Epilog

Kończył się rok. Doktorantka Alicja przepisywała do nowego kajetu otwarte sprawy:

1) Gdzie jest Monsieur P.?

2) Co tak naprawdę stało się z Ramką?

3) Jak ma na imię Zeenowiew?

4) Dlaczego Zeenowiew nie wiedział, że ma brata?

5) Jak zapełnić luki w bibliografii?

6) Co Johan lubi w kobietach?

Biuro miała tylko dla siebie. Komisarz z aspirantem odprowadzali Zeenowiewa na dworzec. Z trudem udało im się zarezerwować miejsce w sypialnym. Dlatego Zeenowiew machnął ręką na wiadomość, że będzie dzielił przedział z kufrem, kotem i jakimś Rosjaninem. Ważne, że wróci do domu.