***

Improwizacja w koreańskim stylu - wzbogacanie brzmienia wykonywanego utworu instrumentalnego poprzez m.in. żonglowanie komórkami podczas pauz w jednej lub drugiej ręce, a trzymanie jej w zębach, gdy obie ręce są potrzebne. Dzięki temu osiągane brzmienie jest bardziej drapieżne, a zarazem zabawne. Innym wariantem improwizacji w k. s. jest obracanie kółkami w kolorach olimpijskich na nodze lub przedramieniu. Dotyczy to w szczególności improwizacji na instrumentach dętych lub wymagających postawy stojącej.

Improwizacja w k. s. udaje się dzięki niezagracaniu utworu parzystymi dźwiękami i rytmami, dlatego wszystkie nuty i akcenty parzyste są eliminowane. Mistrzostwo improwizacji w k. s. polega na wybrzmiewaniu tylko nieparzystych składowych alikwotów, parzyste kierowane są do niszowego rynku disco-koreo.

Za początki improwizacji w k. s. uznaje się powszechnie wysadzenie w roku 1729 przez portugalskich żeglarzy jednego z majtków na skalistej wysepce w pobliżu Korei; nie znając miejscowego języka próbował on porozumieć się językiem migowym, którego nauczył się na targowisku pod Łomżą (Polska), przez co improwizacja w k. s. ma wyjątkowo ludyczny charakter i; wpłynęło to też na niezwykłą popularność rytmów nieparzystych w koreańskiej muzyce ludowej. Obecnie na Północy, mimo dawnych skłonności trójdzielnych, przestawiono się na system parzysty. Jak mawiał sam Kim Dzong Il „Człowiek jednak zaposiada dwie nogi do maszerowania”.

 

[Encyclopaedia Samosdielana, Sankt Petersburg, 2007]

 

Rozdział I

Psiakość - pomyślał komisarz Foma - nie dość, że zabrali nam EXPO, to jeszcze chcą mi zabrać ludzi, żeby wykryć kradzieże parzystych części taktów z ich popowego TOP10, o parzystych alikwotach nie wspomianając. Naczytali się Ursuli Le Guin czy co? Kogo ja mam im posłać? – w pewnym momencie Foma zaczął myśleć na głos – Wysłać Podhalańskiego? Też coś! Podhalański w Korei?! Nigdy! Podhalański to podobno nasze Dobro Narodowe, a Koreańczycy… wiadomo co lubią najbardziej.

Psia kość? - pomyślał Podhalański z odrazą - co ten komisarz wygaduje! Obym nie stał się kością niezgody, bo kości zostaną rzucone - dokończył już głośno i zaczął się przygotowywać do śledztwa. A nos mu mówił, że będzie trudne; A może i bardzo trudne, o ile dobrze zrozumiał swój nos, mający wyraźne problemy z artykulacją.

- Ty Podhalański nie myśl, że gdzieś pojedziesz - powiedział po chwili komisarz Foma, odrywając wzrok od ekranu monitora, na którym widać było szybkość i efektywność mailowej korespondencji, zawstydzającą niejedną prezydencką kancelarię. - Nie obrobiłeś się jeszcze ze statystyką mandatów za trzeci kwartał, a i u nas jest co robić. Uzgodniłem, że my dajemy wsparcie zdalnie. Na miejsce jedzie Zeenowiew z Petersburga, akurat przydałoby się, żeby zniknął z oczu przed wyborami. Podziękowania możesz zostawić mi w karteczce pod choinką.

Sratatataodpowiedział niemo aspirant. – A karteczkę należy umieścić w pudełku. Pudełko zaś obkleić trzema warstwami papieru pakowego i obwiązać jedwabną wstążeczką. W celu szybkiej identyfikacji powinny wyglądać jak budzik. Godzina zero ustawiona ma być na ósmą.

 

Rozdział II

Było zimno. Mgła nadciągała od strony Ermitażu. Agent 0,7l z lekka zaczerwienionym nosem podszedł do kasy:

- Pierwszą klasę do ...ula proszę.

- Dokąd?

- No mówię: do Seula - skończył wycierać nos.

- Nie ma do Seula - powiedziała krótko kasjerka, której głos kiedyś, gdzieś brzmiał aksamitnie, ale zaraz po tym kiedyś, ktoś, kogo nie oczarował ten aksamit uciekł z tego gdzieś, kto wie czy nie do Seula.

- A do Phenianu jest? - zaatakował z innej strony Zeenowiew.

- Jest, ale tylko dla instruktorów ze służb mundurowych.

- Jestem ze służb.

- To proszę o legitymację. Kiedy obywatelu mundurowy chcecie lecieć?

- Jak najszybciej - powiedział Zeenowiew, podając legitymację lejtnanta kadetów na nazwisko Żniński. Przyglądając się, jak kasjerka wypisuje bilet pomyślał, że na takie trudne zadania tylko 0,7l to za mało. Już dawno powinien był awansować na 1,4l, podsumował i rozejrzał się za strefą wolnocłową. W drodze do kasy układał już plan przejścia przez 38 równoleżnik.

 

Rozdział III

A tymczasem „mieszkaniec Korei Płd. został znaleziony martwy w pracy ze stopionym telefonem komórkowym. Aparat znaleziono w kieszeni koszuli, na klatce piersiowej mężczyzny. Telefon - Bateria eksplodowała - mówią śledczy, którzy badają sprawę śmierci Koreańczyka.

Do wypadku doszło w Cheongwon, 135 km na południe od Seulu. To pierwszy taki przypadek w Korei i wywołał tam duże poruszenie.

Policja poinformowała, że telefon został wyprodukowany przez koreańską firmę LG, piątego największego producenta komórek na świecie. LG potwierdziła to, jednak zdaniem przedstawicieli firmy, niemożliwe, by to eksplozja baterii mogła spowodować śmierć mężczyzny”.

 

[gazeta.pl, 2007-11-29, Zginął, gdy eksplodował jego telefon]

 

Rozdział IV

Równoleżnik zwisał nisko. Zeenowiew, nauczony doświadczeniem z przekraczania Koła Polarnego, tym razem nie skakał. Ostrożnie, by nie ubłocić białych hajdawerów, czołgał się na południe. Poprawiwszy czapkę z pomponami, ścisnął w dłoni bacik z długą wstążką i raźnym krokiem udał się w stronę majaczących w oddali zabudowań.

Garam masala alejkum!- pozdrowił przechodzącą kobietę w czerni. Ta zmierzyła go bacznym wzrokiem i błyskawicznym ruchem sięgnęła do kieszeni na wydatnej piersi. W jej niebywale krzepkiej dłoni ukazał się telefon satelitarny samsung najnowszej generacji. Kilka szybkich ruchów kciukiem i owłosiona dłoń z włączonym telefonem wyciągnęła się w stronę agenta 0,7l. - Komsomoł z olejkiem! Witajcie w Korei! Komisarz Foma życzy sobie z wami rozmowy - usłużnie podała komórkę, a jej niski glos zabrzmiał mu dziwnie znajomo.

- Owczarku! Ciebie się tu nie spodziewałem! - Krzyknął uradowany i natychmiast wyciągnął zza pazuchy kufajki tradycyjny płyn powitalny, znany w całej Europie Wschodniej, który przezornie nabył w strefie bezcelnej. - A teraz - rzekł - zdrowie komisarza Fomy!

Spełnili toast. Potem drugi. Potem trzeci.

- Nie wiesz Owczarku gdzie tu najbliższa strefa bezcelna? – spytał rozochocony.

- Podhalański jestem - obruszył się Podhalański. - Komisarz Foma polecił mi pójść śladem tej torby z bobkami, znalezionej na torach. Ślad podjąłem, ale urywa się przy tamtym polu ryżowym - westchnął głęboko i wskazał na ryżowe tarasy, rozciągające się w kierunku wsi.

- Faktycznie, coś tu brzydko pachnie - pokręcił nosem Zeenowiew i pociągnął solidnie z butelki. - Macie tu, Podhalański, rozejrzyjcie się za pojemnikiem - i podawszy pustą butelkę aspirantowi ruszył w stronę pagody z dużą anteną na dachu. Może tam będzie zasięg. Fakt, komisarz Foma jak nikt znał się na bobkach.

- Ale - pytanie zawisło w próżni - co ja pociągnąłem? - W butelce nie było od dłuższego czasu nic.

- Komisarzu, pociągnęliście wątek - usłużnie zameldował Podhalański, zasalutował i szybkim truchtem oddalił się w stronę ryżowiska. W tym momencie Wątek poczuł się wyciągnięty, odprężony odłożył się na jeden z trzech boków…

 

Rozdział V i VI

Tymczasem komisarz Foma nerwowo stukał knykciem w biurko. Z telefonem przy uchu czekał już od godziny! Ze słuchawki dobiegały strzępki słów i ciche bulgotanie, przerywane trzaskiem na łączach. Wreszcie wśród bulgotania ryżowego pola rozległ się glos - tu Zeenowiew.

- Foma. Podobno pijesz zamiast się czołgać.

- Eeee tam, od razu piję… Choć fakt, w pustej butelce atomy azotu układają się w binarny ciąg w postaci pliku MP3 z bardzo popularnym w Korei Północnej dziełem muzyki polskiej: “Serce w plecaku”!

Zeenowiew — czy jesteś pewien, że w butelce nie było wcześniej napoju wyskokowego? — zapytał Foma.

- Nie jestem pewien, bo nie pozostało nic do przeprowadzenia analizy chemicznej.

- To co jest?

- Jest tak: Friedmann ma weksel Szapira z żyrem Glassa, rewindykator jest Barmsztajn… On daje dwadzieścia procent, franko loco towar jest Lutmana, tylko ten towar jest zajęty przez Honigmanna z powodu weksel Reuberga. Za ten weksel Reuberga można dostać gwarancję od jego teścia Rozencwajga, tylko on jest przepisany na Rozencwajgową, a Rozencwajgowa jest chora…

- A co jej jest?

- Co by i nie było, to my dziedziczymy dwadzieścia procent, tylko Lutmann musi mieć pewność, że Honigmann go wypuści, oczywiście, jeżeli Rozencwajgowa jeszcze dziś się przeniesie na łono Abrahama, to Malwina Fajnsztajn nie ma nic przeciwko, tylko Lipszyc musi mieć pięćset dolary…

- Cooo?

- Nie gotówkę, tylko połowę na reszte zwolnienie od protestu. Jassne?

- Oczywiście, że rozumiem. A co ustaliłeś na miejscu? Masz jakieś pewne dane? – komisarz zmęczył się tym handlem w globalnym wydaniu, z przymusowym kodowaniem informacji.

- Foma, niczego nie jestem pewien, przede mną wciąż 38 równoleżnik do przekroczenia. A nikt mi tego wystarczająco nie ułatwia.

- Zeenowiew, czy ja cię kiedyś zawiodłem? Pogadałem z ludźmi od kartografii, przez najbliższą godzinę 38 równoleżnik jest jakieś 100 kilometrów na północ od ciebie. Witaj w Korei Południowej. Możesz spokojnie wstać i podejść, albo doczołgać się do najbliższej drogi i dojechać autostopem, KIĄ czy Daewoo do Seulu, byle szybko. Tam na rogatkach odbierze cię Pak Hok O’Seen, nasz człowiek o stu twarzach. Dla ciebie będzie miał twarz model 65. Potem się zdzwonimy.

Zeenowiew, ukończywszy rozmowę z komisarzem, położył na chwilę telefon na trawie. Nagle usłyszał jakiś szelest w pobliskich krzakach. Cichym, kocim niemal krokiem zaczął się skradać w stronę domniemanego intruza. Wtem - łubudu! - straszny huk powalił go na ziemię. Telefon eksplodował.

- Cholera, to już nie tylko LG, ale i samsungi wybuchają - pomyślał nim utracił przytomność.

 

Rozdział VII, VIII i IX

Pak Hok O’Seen klęczał nad Zeenowjewem i polewał mu w usta kolejne 0,7.

- Wstawaj, zaraz zasłona minie i równoleżniki wrócą na swoje miejsce! Biegnij tymi schodami, tyko nieparzystymi. Uważaj, by nie zgubić pantofli. I uważaj, żeby używać tylko nieparzystego pantofla! – Dodał na odchodne.

- Doda… Doda… Doda… - odpowiedziało echo.

- O rany! Jak bym ją uściskał – zagadnął do echa Zeenowiew.

 

Tymczasem Doda kładła się do łóżka. Samotnie. - Ach, ten Donald - westchnęła nostalgicznie - on jest taki cudooowny… prawie jak ja. - Zapomniała dodać: i jak wszystkie Doroty…[1].

 

Czy jeszcze ktoś o tej porze coś Doda? - pomyślał komisarz Foma. I zrobiło mu się nieprzyjemnie miło. Zdrowie Zeenowiewa! powiedział do siebie, i samotnie wychylił toast prawie pełną puszką piwa. - Doda OK, byleby tylko nie śpiewała - opadła go po chwili refleksja. - Bo jak śpiewa, to skrzeczy i syczy, aż gardło człowieka boli. Ale i tak ma piękne, sztuczne piersi. Zrobiłaby karierę w Korei…

Po chwili opanował się, i żeby dać upust emocjom zadzwonił do Podhalańskiego z prawdziwie staropolską wiązanką. Kiedy skończył, doszedł do wniosku, że nawet Doda nie wytrzymałaby do jej końca.

 

Rozdział X

John Boordell, rezydujący obecnie w Seulu i okolicach, sięgnął po lornetkę z noktowizorem. Bałagan pod balkonem rezydencji? O to chodziło, nie darmo kręcił się tu podejrzany element, więc na czarnym rynku ceny bobków sięgnęły zenitu. Na wszelki wypadek Boordell włączył nagrywanie biometryczne i przez satelitę posłał sygnał do centrali. A telefon okazał się być całkiem przydatnym narzędziem w tej akcji.

Mike Sattelita rzucił materiały przesłane przez Johna Boordella i spojrzał z wyrzutem na Spencera Ballkoone’a. Przecież John miał nie-Doda-wać ani słowa komentarza! A on bezczelnie wciąż wisiał na słuchawce, w której, co było do przewidzenia, rozległy się słowa komisarza Fomy: aresztuję Was! Wszystkim opadła szczęka, którą po chwili podniósł Owcarek i najzwyczajniej w świecie połknął, po czym zanurkował w ryżowisku.

Ale nikt się już nie dziwił. Albowiem komisarz, przebywając przejazdem w stolicy Dolnego Śląska, nie mógł aresztować ani Mike’a, ani Johna, ani Spencera, przebywających w Seulu. W momencie, gdy następowało gremialne wkładanie zapasowych szczęk, Foma westchnął i przewrócił się na drugi bok.

Po usunięciu niespodziewanych zakłóceń John Boordell wskazał na pilna potrzebę zwiększenia środków na zakup materiałów operacyjnych. Pierwsze próby zastosowania bobków w bateriach do telefonów okazały się obiecujące. Jednakże te koszty! Jego agenci w fabrykach LG i samsunga coraz bezwzględniej domagali się podwyżki. No i ci niewdzięczni Koreańczycy! Wszystkie zasługi w wygraniu EXPO przypisali natychmiast sobie!

 

 

Rozdział XI

Zaraz po obudzeniu się komisarz Foma poczuł, że nie będzie mógł się połączyć z Zeenowiewem, pozbawionym telefonu. Kto spowodował zdalnie ten wybuch? Czyżby John B.? Nadludzkim wysiłkiem woli komisarz powstrzymał się od nocnego spaceru z Podhalańskim. Zawsze, ale to zawsze, dzień, czy noc, zima, czy lato bez względu na porę - zawsze był gotów. Tym razem został po raz pierwszy ugotowany. Nie czuł się z tym dobrze. W każdym razie komisarz Foma, leżąc na jednym ze swych boków, zasnął ponownie głębokim snem. I nie domyślał się nawet, że to po prostu głupi bobek w baterii telefonu, który wybuchł Zeenowiewowi, sprawił, iż nie będą się mogli porozumieć długo jeszcze. Chociaż, czy ten bobek znalazł się w telefonie przypadkowo…?

Agenci z miasta W. w południowo-zachodniej Polsce donosili o innych pomyślnych próbach z nowym materiałem dywersyjnym. Bobki w piwie, całkowicie niewykrywalne organoleptycznie, okazały się świetnym środkiem narkotyzującym. Jedynym ubocznym działaniem były męczące wizje półnagich kobiet z syntetycznym biustem… Doprawdy, któżby pomyślał, że tak ekologiczny środek jak bobki właśnie może okazać się tak skuteczny i tak wielofunkcyjny. A główną jego zadą (a może waletą?) jest taniość.

 

Tymczasem Zeenowiew, wciąż w drodze do Seulu, zgubił oba pantofle. A przecież Pak Hok O’Seen go przed tym przestrzegał… Jak teraz pokona dalsze kilometry? Tym bardziej, że go zgarnęli do szpitala. Na drugi dzień Zeenowiew otworzył oczy. - Gdzie jestem?- wyszeptał. GDZIE JESTEM? - wrzasnął. Odpowiedziała głucha cisza. - Przecież mieliśmy podbić Koreę. Mieliśmy pokazać im, jak rozwiązuje się zagadki, mieliśmy odnaleźć te ich zaginione alikwoty i rzucić im je na stół z makietami do EXPO – litania niespełnionych zadań odbijała się wewnątrz osmalonej głowy. - A może to już się stało? A może wybuchła bomba atomowa? - Ogarniało go coraz większe przerażenie. - Dlaczego ja nic nie widzę? No, dlaczego? – Zadawał pytania nieobecnemu Fomie. -
Aaaaa… bo mam oczy zamknięte! Ciemność widzę! Ciemność! - Wykrztusił i popadł w zamyślenie… Jest to z jednej strony problem konstytucyjny, “nie zawsze precyzyjnie do końca uregulowany”, a z drugiej strony - “problem faktyczny”. Tak pomyślawszy zamknął oczy i pocieszył się tym, że zrobił kiedyś wieczorowy kurs z prawa konstytucyjnego i administracyjnego. Żeby zasnąć, zaczął liczyć dziury w polskiej ustawie o zamówieniach publicznych.

 

John B. przez chwile zazdrościł swemu przeciwnikowi 3 tygodni w szpitalu! Tak leżeć w błogiej ciszy… Aż wypadałoby posłać mu kosz owoców i liścik. W naszych sferach nobles obliż. Sięgnął po przygotowaną na takie okazje papeterię z ryżowego papieru. “Dear Comissioner Z. I’m very sorry, ale niebawem odzyska pan słuch”.

 

Rozdział XII

Pak Hok O’Seen wahał się. Wahał się od dłuższego czasu, myśląc jak by tu dobrać się do ‘Archiwum Alicji’, w którym są wszystkie rozwiązania? I wahał się dalej. W końcu, tak trzeba, gdy się człowiek ukrywa w zegarze z kukułką, przebrany za wahadło.

Uffwestchnął Pak Hok O’Seen. Co prawda wzdychanie jest bardzo nieprofesjonalne, ale po sprawdzeniu trzech szpitalnych łóżek w poszukiwaniu Zeenowiewa (pozostało mu już tylko 2946, więc będzie z górki) znalazł pierwszy ślad.

Płyta od razu wydała mu się podejrzana. Na okładce było: “Die Entfuhrung aud dem Serail”, a przecież uprowadzenia to temat dla niego, a nie dla jakiegoś ministerstwa kultury. Po drugie realizacja pochodziła z Salzburga, a jak Pak Hok O’Seen wiedział, Salzburg jest miastem położonym blisko Polski, bo w Europie, więc zapewne kierujący akcją Foma wielokrotnie miał z nim kontakt, zwłaszcza po wstąpieniu Polski do UE, na okładce zaś występowała data: 2006. Po trzecie… po trzecie nic się nie zgadzało — rozwiązanie wymagało albo szyfru, albo 0,7l. Jacyś goli ludzie biegają po scenie… We dwoje. Potem się zasłaniają na znak z zewnątrz… Czyli goli to jakiś znak. Słowo goli pochodzi od słowa ‘golić’ — na tyle Pak Hok O’Seen język polski znał, a golenie są albo odcinkami kończyny dolnej, albo zajęciem cyrulika. Cyrulik zaś był Sewilski. Zadzwonić więc do Sewilskiego — pomyślał Hak PAK O’Seen i wyjął komórkę. Było to LG…

 

Rozdział XIII

Tymczasem Zeenowiew ponownie otworzył oczy. Ciemność i przytłaczająca cisza pozostała bez zmian. Czy ja jeszcze żyję?- pomyślał. Myślę, wiec jestem - dedukował w wytrenowanym na Łubiance stylu. Wprawnym ruchem dłoni obmacał otoczenie. Na kołdrze leżał podłużny przedmiot, obły i znajomy - pilot od telewizora plazmowego. Machinalnie przebiegł palcami po klawiaturze i już wiedział: samsung! Pieszczotliwie przycisnął ergonomicznie ukształtowany przycisk. Feeria kolorów rozbłysła w drugim końcu niewielkiego pokoju.

Aha, nie jest źle - pomyślał. Mój wzrok nie ucierpiał, ale gdzie pantofle? W migotliwym świetle ekranu dostrzegł kosz z owocami stojący obok lóżka. Ananas, kaki, mandarynki i list z papeterii ze znakiem wodnym. Liść bobkowy - stwierdził patrząc pod światło. Ach, ten sk… Boordell, przeklął jak za dawnych koszarowych czasów. Dobrze ze w pokoju nikogo nie było. Twardym żołnierskim gestem przełączył program i brutalnie obrał soczysta mandaryną, którą do kosza doda’ł ordynator oddziału.

Smak dojrzałego owocu przywołał wspomnienia młodości. Ciemna speluna, opiumowe piekło i ich czterech przy stole: on, Boordell, Puccini i Borys. I jeszcze ta koreańska kelnerka Cio-Cio San z dzbanem sake w śnieżnobiałych dłoniach.

http://www.youtube.com/watch?v=9pm4-UzHNf8

To było dawno, dawno, kiedy jeszcze Boordell nosiła przezwisko Anakin.

Pukanie do drzwi dotarło doń jak przez watę, słuch powracał powoli. - Wejść! – krzyknął niewyraźnie, gryząc ostatni kawałek mandaryny. - Pak Hok O’seen dyskretnie otworzył drzwi łokciem, ręce miał zajęte sporym pakunkiem.

- Ach, moje pantofle - ucieszył się Zeenowiew. Szybko sięgnął ręką w głąb prawego, haftowanego jedwabiem trzewika. Kluczyki były na miejscu, instrukcja obsługi również.

- Komisarzu, jest jeszcze faks do pana – dodał Pak Hok O’seen. Zeenowiew rzucił okiem na pismo i zbladł… Zaproszenie na dziś do Kruszwicy. Godzina nadania 16:03. Nie było czasu na zwołanie konferencji prasowej.

Zeenowiew jeszcze raz zerknął na faks. Na samym dole, koślawymi literami dopisano “Zimermann nie przyjedzie, boli go kolano”. A wiec konsekwencje wpadki wyglądają gorzej, niż przypuszczał. Postanowił przekazać wiadomość przez kuriera — Juliusza S., pseudonim “Wieszcz”, który pod pozorem pielgrzymki do Ziemi Świętej, udawał ojca zadżumionych, by uniknąć kontroli celnej.

 

Rozdział XIV

Chwilę wcześniej komisarz Foma niecierpliwie spoglądał na swój zegarek marki Poljot. Każdy z siedemnastu rubinów okupiony był wyczerpującą służbą dla dobra Ojczyzny. Teraz w Kruszwicy będzie mógł błysnąć czerwonym blaskiem po zawstydzonych oczach.

Wizję triumfu przerwał zdyszany Podhalański.

- Sefie, jak to powedziecz… Skolenie w Kruszwiccy odwołane – dość powoli jego język wracał do właściwego rytmu. - Zapowiedziano kontrolę z UE, która poszukuje tajnych więzień CIA. Zafrapowały ich donosy o torturach przy testach bobków. I jeszcze jest wideo z kamery na lotnisku. Tu jest kaseta!

- No dobra, ale co na niej jest?

- Pan sam zobaczy - aspirant wsunął kasetę w odtwarzacz i tęsknym wzrokiem spoglądał na przegub komisarza. Poljot Aviator z polerowanym genewskim werkiem lśnił szykownie. Gdzież mu, prostemu policjantowi, do takich luksusów. Ale na model KGB Black miał już uskładane. Czasem pod nieobecność szefa lubił sobie popatrzeć na pewną stroną w sieci.

- A co wy Podhalański tam mi gapicie się na ręce – wkurzony, ostry glos komisarza Fomy wyrwał aspiranta z marzeń. - Czy Zeenowiew przekazał, kiedy wraca?

- Już sprawdzam - Podhalański rzucił się w stronę dalekopisu. Z wnętrza wiekowej maszyny wysuwał się niekończący arkusz papieru, i wijąc malownicze esy, składał w zgrabne floresy na zielonym linoleum. Wśród meldunków o kradzieżach, wyciekach i przeciekach, w oczy rzucił się krotki tekst pisany słowackim charakterem pisma: “Przyjeżdżam wtorek wieczór, tranzyt przez Melbourne. Z.

Szczęśliwie dla Podhalańskiego, pani Ala, archiwistka i kobieta od wszystkiego, z impetem trzasnęła drzwiami od gabinetu.

- Komisarzu - rzuciła na przywitanie i rozsiadła się w fotelu dla gości. Podhalański, schowany za dalekopisem, z satysfakcja obserwował, jak jego szef przełyka ślinę pod wyjątkowo niestarannie zawiązanym krawatem. Z palcem wskazującym w doniczce biurowej paprotki sekretarka popatrzyła surowo na Fomę. Komisarz chrząknął, wyprostował się i krzyknął na aspiranta - Podhalański, wiecie gdzie jest konewka!

- I jeszcze dwie kawy- dorzuciła pani Ala. - Co nowego?

- Wpadka w Korei. Zeenowiew przyjeżdża we wtorek na rekonwalescencję, przez Melbourne. Chyba jest jeszcze bardziej wkurzony niż my. Boordell w Seulu pomieszał mu szyki.

- Załatwi się. Dostanie nowy telefon i barszcz z liściem bobkowym.

- A co u ciebie? Nie było cię długo.

- Ktoś odkopał moje podanie sprzed czterech lat. Robię doktorat.

 

Epilog

"Samoloty Qantas nigdy nie spadają, nie spadają, nie…” w głowie Zeenowiewa kołatały się słowa napisane ręką Boordella na jednej z reklam na seulskim lotnisku. Przez pokładowe głośniki dobiegało wezwanie, by wyłączyć wszystkie telefony…



[1] Moze nie zabocyła, ino usnęła i nie zdązyła dodać? – Zastanawiał się później w dodaskaliach Podhalański.