PRZYPADKI KOMISARZA FOMY
CZ. I BORYS NA DWORCU
Borys miał jeszcze trzy dni do najbliższego pociągu do Petersburga. W gościńcach brakło miejsc, więc rozglądał się za innym schronieniem. Szedł wzdłuż peronu, wtem kątem oka dostrzegł zbliżającą się postać.
– Pan szanowny pozwoli, że się przedstawię – rzekł nieznajomy. – Verdi jestem.
- Godunow – odparł Borys, zamierzając iść dalej, lecz nieznajomy wyraźnie miał ochotę na towarzystwo i zaproponował:
- Może usiądziemy?
Borysowi nie było to w smak, lecz zaczął się rozglądać.
– O tam, widzi pan. Ta wiata – rzekł Verdi wskazując miejsce.
- No to chodźmy – rzucił Borys i ruszył żwawo.
- A idę! – odparł Verdi.
Zasiedli i Godunow zagaił:
- Pan też do Petersburga?
- Nie, ja do Leningradu.
Nie siedzieli pod wiatą sami. Obok siedział pan, przy którym piętrzyły się skrupulatnie ułożone kufry.
Puccini jestem – przedstawił się i spojrzał na nich z troską. Tak, troska to było właściwe słowo. – Widzę, że pan szanowny skaleczony – dodał patrząc na dłoń Borysa. – Tu ran dotykać nie należy – zakończył z uśmiechem. I dobrze, pomyślał Borys, ponieważ nie miał ochoty na nową znajomość, a Puccini wyglądał, jakby był z cyganerii.
- Czym pan się zajmuje? – odwrócił się do Verdiego, dając tym samym do zrozumienia, że skończył rozmowę z sąsiadem. – Ja – doradztwem personalnym, mam małą firmę w Petersburgu – uśmiechnął się.
- Ja jadę do Leningradu do przyjaciela, Wissariona Jakowlewicza Szebalina. Musimy wspólnie poskromić pewną złośnicę – z uśmiechem zakończył.
I tak, od słowa do słowa, minęły im trzy dni.
x x x
Komisarz Foma patrzył na zesztywniałe ciało. Z dokumentów wynikało, że denat nosił nazwisko Puccini. Zanosiło się na niezmiernie skomplikowany przypadek: wszyscy świadkowie odjechali do Petersburga, a jeden nawet do Leningradu.
Wydawało się, że sprawa jest beznadziejna, ale naraz asystent Podhalański poczuł pismo nosem. Komisarz z trudem rozwarł palce denata. Koperta pochodziła z rzadko spotykanej dziś papeterii. Po otwarciu wypadły z niej luźne kartki zapisane tajemniczym szyfrem.
- „Bachus venas penetrans calodi liquore” – sylabizował z trudem, ciężko dysząc, Podhalański. Foma westchnął głęboko. „Znowu jakiś Litwin. Tego mi jeszcze brakowało” – pomyślał. Po rządach poprzedniej ekipy współpraca międzynarodowa wciąż stała w miejscu, a wszystko wskazywało na to, że potrzebni będą ludzie z Interpolu.
Komisarz Foma chciał po znajomości zadzwonić do swego znajomego w Interpolu – Rossiniego, ale niestety powiedziano mu, że go nie ma. Pojechał z jakąś Włoszką do Algieru...
Nagle zza pazuchy wykwintnego fraka denata dało się słyszeć kwilenie. Komisarz z wiernym Podhalańskim zamarli... Pazucha zafalowała i przerażonym oczom dzielnych stróżów prawa ukazała się mała kocia główka.
- Znam go! – wykrzyknął Foma. – To słynny Alik, który zbiera kwoty.
Podhalański rozejrzał się na boki i zameldował szeptem:
- Obawiam się, że to prowokacja tajnej policji. Słyszałem, że cara Godunowa i Griszkę Otrepiewa rozpoznano na dworcu. Krąg podejrzanych powiększa się.
- Alik – wyszeptał Foma. – Najwyższe kręgi są w to zamieszane.
x x x
Tymczasem w Petersburgu wrzało. Niejaki Griszka Otrepiew meldował z konsulatu w Warszawie: „Zostałem okradziony z ostatniej kopiejki. Na dworcu we Wrocławiu kradną również koty!”. Bliski obłędu zawodził:
- Kotionok płaczet, gdie mój kotionok, oddajcie Alika!
Car Putin, samozwańczy następca cara Borysa zaginionego w drodze z Priwislanskiego Kraju, zapowiadał skierowanie rakiet w odpowiednim kierunku. Kryzys dyplomatyczny narastał.
x x x
Nieświadomy sytuacji w Petersburgu komisarz Foma chodził od antykwariatu do antykwariatu. Nikt nie potrafił rozszyfrować kartek z tekstem „Bachus venas penetrans...”. Naraz Foma przypomniał sobie, że jego siostrzeniec jest specjalistą od dinozaurów, potrafi godzinami wyśpiewywać ich genealogie i nazwy w trzech językach. Może da radę i z Bachusem. Poszedł do siostrzeńca. Ten dał radę, co prawda nie wiedział, co jadał i jakiej wielkości był dinozaur Bachus, ale z całym przekonaniem stwierdził, że napis na kartkach jest w łacinie. Po tym odkryciu odwrócił się, by ćwiczyć szlaczki, które zadała do domu pani z zerówki.
x x x
Komisarz Foma kiwnął na Podhalańskiego. Wreszcie jakiś postęp w śledztwie. Wiedzieli już też, że znaleziony kot nie miał nic wspólnego z dinozaurami.
Tymczasem sprytny Podhalański, słysząc swoim nadzwyczaj wyczulonym uchem zawodzenia Griszki, zamarł z wrażenia. Alik był kluczem do zagadki!
Jeżeli jest kotem premiera i Griszki, to może jest to ta sama osoba. A jeżeli występuje w dwóch wcieleniach, to może jest ich więcej? Kto więc leżał w wytwornym fraku na zimnych kamieniach dworca?
Ależ to oczywiste! Bachus zjada alikwoty i jest krewniakiem zarówno Alika, jak tez Bacha, Basi i strumienia.
- Bacha proszę do kręgu podejrzeń nie mieszać – mruknął Foma. – Ma alibi, od sześciu dni stroi klawesyn.
- Szefie, może trzeba usztalić, od kogo ten liszt? – w ważnych momentach Podhalański seplenił, jak w szczenięcych czasach.
- No to nie stójcie jak śpiąca królewna nad jeziorem łabędzim, tylko ustalcie, kto dziś jeszcze używa papeterii. Ja tymczasem udam się do cyrulika, bo w hotelu nie mogłem się ogolić, ten Amerykanin z Paryża wiecznie blokuje łazienkę.
Komisarz Foma był jednym z tych nielicznych szczęśliwych policjantów, którzy mieli do dyspozycji kartę kredytową z całkiem pokaźnym limitem. Została mu po bardzo prestiżowym śledztwie, a w bałaganie, jaki powstał po serii dymisji w Komendzie Głównej, nikt nie miał głowy zajmować się jakimiś kartami, których nie zniszczy byle niszczarka.
x x x
Tymczasem w Małkinii, w poczekalni znanego cyrulika Sewilskiego czekał spokojnie przybysz z dalekiego kraju Gioacchino Rossini. Szykował się na uroczystość nadania mu tytułu Kawalera Srebrnej Róży, o czym powiadomił go listem przyjaciel Richard Strauss.
Nagle drzwi się otworzyły i do poczekalni wpadł powiew zimnego powietrza, a wraz z nim pojawiły się trzy postacie: ojciec z dwójką dzieci.
- Dzień dobry, Wagner jestem – przywitał się i rzucił w stronę pociech: - Przedstawcie się!
- Izolda – dygnęła dziewczynka.
- A ja Tristan – dodał chłopczyk.
- Rossini – odpowiedział Gioacchino.
- Rossini? Ostatnio słyszałem gdzieś to nazwisko, i to kilkukrotnie. - Tristan, ty siedzisz dużo w Internecie, pamiętasz, o co chodziło?
Tristan najpierw ukłonił się Rossiniemu i spokojnie odpowiedział ojcu:
- Policja prowadzi skomplikowane śledztwo, o międzynarodowym zasięgu. Podobno mają problem, bo jakiś Rossini zniknął w Algierze z jakąś Włoszką.
„Psiakość – zaklął w myślach Rossini – skąd oni wiedzą o Algierze? I co to za sprawa?”.
Po noclegu w Apeninach, który był gorszy niż noc na Łysej Górze, miał ochotę udać się nierozpoznany na wesele w strasznym dworze, o którym opowiadała mu dość lubieżnie pewna wesoła wdówka. Owa wdówka, Włoszka z pochodzenia, została sama w Algierze i zajęła się handlem. Muzyka na wodzie – na pustyni towar deficytowy. No i teraz to wesele... Don Giovanni będzie niepocieszony, moje tournedos nie mają sobie równych.
- Ja jestem prostym kucharzem z Nowego Światu, mój kuchcik Dworzak wam to potwierdzi – oznajmił głośno.
- Przepraszam, kim jest Dworzak? Czy ma coś wspólnego z czeską służbą graniczną? – spytał Wagner. Rossini patrzył zdezorientowany, więc ten kontynuował po pauzie: - Czesi w ramach europejskiej pomocy prowadzą nadzór nad polskim Internetem. Podobno do czegoś doszli, były jakieś zatrzymania w sąsiedztwie, Piotr jakiś tam wpadł, gdy wynosił w kieszeni oko.
„Pełny kociokwik – pomyślał Rossini. – Jak takiemu dziadowi mogły się urodzić takie dzieci? Pewnie nie jego. Trzeba zadzwonić do Fomy, na pewno będzie wiedział, o co chodzi”.
x x x
Tymczasem zabrano ciało w celu przeprowadzenia sekcji. Do tej odpowiedzialnej czynności powołano oczywiście Cyrulika z Sewilli. Z uzyskanych w CBA informacji wynikało, ze denat miał ścisłe związki z cyganerią w Egipcie, gdzie grupie przewodziła niejaka Aida w porozumieniu z Toscą z włoskiej mafii i Turandot z mafii chińskiej. Nic dziwnego, że kot premiera został wydelegowany do tej zaszczytnej akcji. Ukryty za pazuchą wiele widział i ujawni w stosownym momencie, kiedy niejaka Madama Butterfly będzie próbowała wygryźć Edgara. Jaskółka to rozniesie po świecie i tym sposobem Manon Lescaut umrze z rozpaczy.
x x x
- Szefie, telefon, jakiś Rosiński – Podhalański usłużnie podał słuchawkę.
- Foma, słucham – powiedział komisarz.
- Tu Rossini – w jego ucho zaczął wsączać się głos z włoskim akcentem. – Słuchaj, Foma, o co chodzi? Dlaczego połowa stacji telewizyjnych zamiast tropić gości hotelowych szuka mnie w Algierze?
- Wiesz, po wyborach zmieniło się zapotrzebowanie, wszystkie kamery z hoteli wycofano, no, prawie wszystkie... Ale nie o to chodzi. Znaleźliśmy w dziwnych okolicznościach poemat, jak się okazało, po łacinie, byłeś pierwszą osobą, o której pomyślałem...
- I przez taką pierdołę mnie dekonspirujesz?
- Spokojnie, zakonspirujemy cię na nowo, wstępnie będziesz Czajkowskim, zmiana kierunku, rozumiesz...
- Rozumiem, tutaj wszystkie koty mruczą, że coś się dzieje w Petersburgu.
- Świetnie, wyciśnij je do ostatniego mruku i za trzy godziny widzimy się pod wycieraczką.
Słuchawka wypadła z drżących rąk Rossiniego, łzy zabłysły w oczach, przypomniał sobie Włoszkę w Algierze, z której zrezygnował dla nowej, upojnej miłości.
x x x
Petersburg, dn. 24 października
Fomo Borysowiczu!
Ledwo przyjechałem do Petersburga, a zobaczyłem, że afera goni aferę. Okazało się, że Dymitr Doński wcale nie walczył na Kulikowym Polu, analitycy polityczny dotarli do matrioszki, ukrytej w matrioszce Putina, ukrytej w matrioszce Jelcyna, ukrytej w matrioszce Gorbiego, ale wciąż nie potrafią rozpoznać tej twarzy, a Musorgskiemu znowu nakazali przerobić Borysa Godunowa tak, by uwzględnił reklamy w przerwie między częściami.
A co do naszej sprawy, Fomo Borysowiczu, znalazłem w antykwariacie pieśń po francusku, dziwnie podobną do pieśni łacińskiej:
O Bacchus, desire et
fete,
sois le bienvenu,
toi qui nous rejouis
le
coeur.
Ce vin, ce bon
vin,
ce noble vin
rend l’homme
courtois,
vertueux et fier.
Cette coupe
debordante
de beau vin pur,
si l’on s’y
plonge,
comble jusque’a l’iveresse.
[…]
De cette
coupe
boiront disciples et maitres,
boiront
compagnons
et amis.
[…]
Quand il penetre
leurs veines
d’une ardente liqueur,
Bacchus
les fait bruler
des feux de Venus.
Tour en
calmant
soucis et peines,
Bacchus apporte
joie,
rires et amours.
[..]
Le devin
Bacchus
faisant le bonheur de l’homme
lui
dispense de meme
eloquence et sagesse.
O Bacchus, dieu
illustre,
tous ici presents
buvons avec
transports
a tes nombreux bienfaits.
Tous, nous
t’adressons
les supremes eloges,
chantant ton
merite
a jamais.
Pobieżne konsultacje wskazują, że chodzi tu o jakiegoś dilera zwanego Bacchusem, który dostarcza podejrzane substancje chemiczne o wszechstronnym działaniu.
Serdecznie pozdrawiam i życzę dużo zdrowia,
Czajkowski (dawniej Rossini)
x x x
Komisarz Foma zdecydowanym ruchem ręki przetarł oczy i odpędził wspomnienie wdówki, która w samej halce podawała mu napój miłosny na jarmarku soroczyńskim. Żałował teraz, że swego czasu sprzedał jej adres niejakiemu Smetanie, a byłaby z niej niezła narzeczona. Potem dostał wariacji na temat pięknej Heleny, co córką pułku się okazała i przepadła w stepach Azji Środkowej. Przy okazji, zanotował, spytać komisarza Borodina z petersburskiego Interpolu, czy coś o niej słyszał. Zbliżała się 18.49, pora umówionego spotkania pod wycieraczką. Komisarz gwizdnął na Podhalańskiego i obaj udali się w zapadający mrok.
Zdyszany posłaniec z listem od Czajkowskiego dogonił ich na krótko przed celem.
- Ach, to zmienia postać rzeczy – rzekł Foma przeczytawszy list. – Muszę się skontaktować z inspektorem Zeenowiewem w Leningradzie. Podhalański, pilnujcie posterunku, odezwę się niebawem.
Na pożegnanie powstrzymał z trudem chęć pogłaskania wiernego jak pies asystenta. Po drodze zajrzał pod wycieraczkę. W kopercie z wiadomej papeterii był liścik. Ktoś, podpisany Życzliwy, donosił, że Helena mieszka teraz w Londynie, z dwoma braćmi...
x x x
Tymczasem nieobecny inspektor Zeenowiew odkrył, i Podhalańskim ekspresem przekazał do Centrali, że papeteria należała do Kierownik Doroty, a dziwne zapiski powstały przypadkiem. Ot, trzęsący się (ze śmiechu?) brzuch pobudził rękę, a ta, nie pytana, zapisała kilka wersów o Bachusie. Godunow chciał petersburskim szlakiem przemycić to arcydzieło aleatoryzmu do pewnego japońskiego odbiorcy, ale we wszystko wmieszał się Verdi i było po ptokach...
Kolejnych opowieści o komisarzu Fomie szukajcie w następnych odcinkach naszego kochanego tygodnika.
(podkreślone aluzje do tytułów i terminów muzycznych)