Inspektor nie zauważył, jak w słuchawkach wybrzmiał ostatni akord “Dziadka do orzechów”. Stos przygotowanych przez kadry życiorysów, rekomendacji, profili osobowych pochłonął całą jego uwagę. Miał wreszcie szansę obsadzić wakat na opuszczonym przez komisarza Fomę stanowisku śledczego do specjalnych poruczeń. Dlatego zdecydował się sam przeprowadzić ostatni etap rekrutacji. Czas naglił, praca czekała.

Teczka z wierzchu należała do Czerwonego Kapturka.

— Czerwony to był październik, pomyślał komisarz Foma, przypominając sobie książkę, która w kiosku leżała obok “Przygód dobrego komisarza Fomy”, nowego tomu z serii “Lato z kryminałem”. — Może brat bliźniak — pomyślał znowu komisarz Foma. — Hm… zerknijmy do referencji — bracia Grimm… znani niemieccy śledczy; Fromm…

Kot W Siedmiomilowych Butach… O! referencje od Hoko. Ale nie, to nie ta bajka… Małgosia? Piernik z chatki jako łapówka… Chyba trzeba odesłać… I może CBA zawiadomić… Marcinkiewicz? A! podanie wycofane bo jakąś robotę ma… No trudno… Anastazja Kamieńska… Ale zezwolenia na pracę w Polsce nie dostarczyła. Szkoda. — Inspektor PAK przecinął się, zerknął za okno i westchnął: “Ech, czemuż tego komisarz Foma nie mogł zrobić? Czyżby jakiś konflikt komptetencyjny?”

Inspektor Pak westchnął po raz drugi i ze złością zaczął zgarniać stos papierów. Trzeba gdzieś to schować - pomyślał i niosąc papiery podszedł do szafy. Szafa była zamknięta. Po krótkim mocowaniu się z zamkiem drzwi szafy się uchyliły.

Co za burdel - wykrzyknął inspektor Pak - patrząc ze zgrozą na sterty niechlujnie poupychanych akt, papierów, resztek jedzenia i brudnej bielizny. Katem oka dostrzegł coś błyszczącego, pomiędzy szmatami na dole szafy. Schylił się. Był to wielki pierścionek z brylantem, na serdecznym palcu małej kształtnej dłoni. Chwycił tę dłoń i zacżął ją ciągnąć. Po pewnej chwili zobaczył całą rękę a wkrótce całe ciało młodej kobiety, dość jeszcze atrakcyjnej, pomimo stężenia pośmiertnego.

Gdy spojrzał wyżej, ujrzał na półce kota w starych, znoszonych bamboszach, na jednym z nich wyhaftowany był czerwoną nicią napis lelum polelum benc. Kocur przeciągnął się, ziewną i jednym susem doskoczył pobliskiego okna, gubiąc w locie jeden z bamboszy, ten bez haftu. Po chwili już go nie było.

I jak tu się nie załamać? — pomyślał inspektor Pak. — Nie dość, że coś trzeba zrobić z denatką, to jeszcze jedyny świadek uciekł przez okno. Swoją drogą, straszna śmierć, umrzeć pod zwałami akt. Gdy to sprawy obchodzą człowieka, niczym mrówki. I szczypią i gryzą. Brrr… — zdrygnął się Pak, bo zawsze się tego w kontaktach z aktai obawiał…

Inspektor Pak zdążył jeszcze pogrozić kotu i krzyknąć: “ej, gdyby nie to, że praktykant B. przychodzi dzisiaj na nocnę zmianę, to miałbyś się z pyszna! Takich jak ty to on jednym kłapnięciem przerabia na zakąskę!” A potem stanął mu przed oczami jak żywy haft na zbiegłym bamboszu. Lelum? Polelum? Benc…? Czyżby w sprawę zamieszani byli znani aferzyści Rzepicha i Piast K.? I co w tym wszystkim robi znany koncern samochodowy? Międzynarodowa afera? Tak, wszystko zaczynało się ze sobą łączyć…
“Komploty to moja specjalność” - mruknął Pak i podszedł do szafy.

“Czy jednak nie za szybko decyduję się na jedną wersję wydarzeń?” - zreflektował się inspektor.

Po czym wybrał się do biblioteki by sprawdzić wszelkie informacje o mitycznym bamboszu władzy. Po drodze postanowił kupić jakieś lekarstwo na czeskie błędy i inne literówki…
Denatkę zaś zostawił na razie w swoim biurze. Tylko dla sprzątaczek położył kartkę, by nie wyrzuciły…

W tym momencie zadzwonił telefon. Pak odebrał i słysząc znajomy głos odruchowo wyprężył się służbiście. “Tak, rozumiem… W Lizbonie? Na stronie?… Portugalczyk?… Tak, oczywiście, natychmiast podejmę stosowne kroki.”
Inspektor wytarł zroszone potem i przedtem czoło, wykonał kilka stosownych kroków, po czym jak długi zwalił się na stojący obok szezlong. Sprężyny wydały z siebie jęk ostrzonego topora i zastygły w pełnym oczekiwania milczeniu.

Podsumujmy, pomyślał inspektor Pak, a sprężyny spijały wszystkie jego myśli, mamy denatkę, sztuk 1, brylant sztuk 1, bambosz sztuk 1, poszukiwanego kota sztuk 1. Wspólną cechą wszystkich tych śladów jest ich singularność, która nie może być przypadkowa…

Na odgłos sprężyn denatka prędko wstała i wykonała kilka ćwiczeń gimnastycznych, które ją w sposób widoczny ożywiły. - No to koniec inspektorku - wycharczała i zaniosła sie złowieszczym śmiechem. Uniosła do góry spódnicę i spod podwiązki wydobyła mały, zgrabny sztylecik. Wprawnym ruchem zatopiła go w piersi inspektora. Z odrazą patrzyła na tryskającą obficie krew. Wzruszyła ramionami i podeszła do biurka. - Boże, jaka jestem głodna - powiedziała nie wiadomo do kogo. Zauważyła niedojedzoną przez inspektora kanapkę i pożarła ją chciwie.

I jeden sztylet… to też pasuje… myślał wciąż inspektor Pak, a jego myśli i duch ulatywały hen…
Za to była denatka konsumując kanapkę, z przerażeniem myślała: — O Boże! Krwista czerwień zupełnie nie pasuje do brunszwickiej zieleni mojej spódnicy… Jak ja się pokaże na ulicy?!

Nie zatrzymywana przez nikogo denatka tanecznym krokiem opuściła komisariat. Inspektor wprawnym ruchem starł z piersi resztki ketchupu i tygrysim skokiem ponownie dopadł telefonu. “Szefowo! - krzyknął w słuchawkę - Rozpoznałem ją! Po kanapce! To ta żarłoczna kumpelka Freddiego! Nazywa się Mo Sera Kawał i Je. Jak ją złapiemy i przyciśniemy, to wszystko nam wyśpiewa!”

Po chwili naszła ją refleksja: przecież ta krwista czerwień po wyschnięciu stanie się brunatna, a wtedy będzie doskonale współgrać z zielenią. - Tylko, żeby wzorek był lepszy - zmartwiła się. Podeszła więc do leżącego w pozornym bezruchu inspektora, umoczyła chusteczkę w sporej kałużu krwi i zaczęła odciskać wzory na spódnicy. I właśnie w tym momencie…

Inspektor Pak nie mógł dość do siebie. Wciąz nie wiedział, czy jawą, czy snem jest to, że wciąż żyje i oddycha. Czy to krew, czy ketchup. Czy rozmawiał z Szefową w Portugalii, czy jakiś kot porzucił bambPraktykant B. wpadł zziajany, z wywieszonym ozorem, do biura.
- Szefie - jęknął - sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się wydawało! Szef wie, że ostatnio pracowałem w kotle. Znaczy się, pod przykrywką. No i dowiedziałem się z głęboko poinformowanych źródeł, że nasza najlepsza agentka, pani K., która ostatnio stale jeździła do miasta K., spotykała się tam być może z niejakim K….
- O, k…. - echolalicznie zaniepokoił się inspektor. - Ten K. to niebezpieczny typek. Nie wiadomo, dla kogo właściwie pracuje. Podobno był nawet zamieszany w zamach na Kennedy’ego. Paru innych grzeszków też ma na sumieniu. Rzekomo dostał licencję na zabijanie od jakiegoś Fleminga. Wraz ze sporą dawką penicyliny.
- Czy nie ma jakiegoś sposobu, żeby zmusić go do przestrzegania prawa? - zapytał nieśmiało B.
Pak ponuro, po ojcowsku pokiwał spuchniętą od myślenia głową.
- Nic z tego, chłopcze. To Angol. Oni są lewostronni. Jak ich ktoś próbuje sprowadzić na prawo, zasłaniają się tradycją, królową i filiżanką herbaty.
- Ale w takim razie agentce K. grozi straszliwe niebezpieczeństwo - przeraził się B. - Musimy ją ostrzec, zanim K. znajdzie ją w L. i uprowadzi do M., żeby oddać w łapy N. O, a przecież wie pan, że na dodatek w L. czyha na nią P!
- Alfabetyczny morderca? Tak, to też by się mogło zgadzać. - mruknął Pak pod nosem. - Ale tak czy owak nic nie możemy zrobić. Agentka K. wynajęła swoją komórkę na czas urlopu i nie zostawiła nam żadnych wymiarów. Jesteśmy bezradni, nawet gdyby ktoś zechciał utopić ją w porto. Ba, gdyby nawet zechciała sama…
Porażony wizją samoutopienia agentki K. w porto, inspektor załamał ręce, nogi, a na koniec się. W gabinecie zapadło usilne, z rzadka przerywane zamyślonym szczeknięciem milczenie…osz… Ale nie, bambosz jak najbardziej był, istniał, stanowił namacalny dowód, że to wszystko się stało. Albo nie wszystko, ale się stało. Albo coś się stało… O, to na pewno. Coś się wręcz musiało stać. Ale co? Jedyna nadzieja, by wszystko jakoś poukładać, to raport Bobika.
Przemyślawszy to wszystko inspektor Pak wstał z szezlongu, a sprężyny westchnęły z ulgą…

Praktykant B. wpadł zziajany, z wywieszonym ozorem, do biura.
- Szefie - jęknął - sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się wydawało! Szef wie, że ostatnio pracowałem w kotle. Znaczy się, pod przykrywką. No i dowiedziałem się z głęboko poinformowanych źródeł, że nasza najlepsza agentka, pani K., która ostatnio stale jeździła do miasta K., spotykała się tam być może z niejakim K….
- O, k…. - echolalicznie zaniepokoił się inspektor. - Ten K. to niebezpieczny typek. Nie wiadomo, dla kogo właściwie pracuje. Podobno był nawet zamieszany w zamach na Kennedy’ego. Paru innych grzeszków też ma na sumieniu. Rzekomo dostał licencję na zabijanie od jakiegoś Fleminga. Wraz ze sporą dawką penicyliny.
- Czy nie ma jakiegoś sposobu, żeby zmusić go do przestrzegania prawa? - zapytał nieśmiało B.
Pak ponuro, po ojcowsku pokiwał spuchniętą od myślenia głową.
- Nic z tego, chłopcze. To Angol. Oni są lewostronni. Jak ich ktoś próbuje sprowadzić na prawo, zasłaniają się tradycją, królową i filiżanką herbaty.
- Ale w takim razie agentce K. grozi straszliwe niebezpieczeństwo - przeraził się B. - Musimy ją ostrzec, zanim K. znajdzie ją w L. i uprowadzi do M., żeby oddać w łapy N. O, a przecież wie pan, że na dodatek w L. czyha na nią P!
- Alfabetyczny morderca? Tak, to też by się mogło zgadzać. - mruknął Pak pod nosem. - Ale tak czy owak nic nie możemy zrobić. Agentka K. wynajęła swoją komórkę na czas urlopu i nie zostawiła nam żadnych wymiarów. Jesteśmy bezradni, nawet gdyby ktoś zechciał utopić ją w porto. Ba, gdyby nawet zechciała sama…
Porażony wizją samoutopienia agentki K. w porto, inspektor załamał ręce, nogi, a na koniec się. W gabinecie zapadło usilne, z rzadka przerywane zamyślonym szczeknięciem milczenie…

W tym samym czasie kiedy inspektor się załamywał - kobieta, która zadała mu cios sztyletem weszła do sklepu z męską bielizną i skierowała się na zaplecze. Zapukała w umówiony sposób. Otworzyły się drzwi, w których stała starsza kobieta, z widocznymi śladami wielkiej brzydoty.
- Coś taka ponura? - zapytała przybyłą.
- Sama nie wiem. Zabiłam faceta i nie sprawiło mi to żadnej przyjemności.
- Może była nieodpowiednia muzyka. Czego w tym czasie słuchałaś?
- Tego co sobie nastawił ten inspektor, coś Bacha.
- Nic dziwnego! Bach nadaje się tylko do metodycznie obmyślanej zbrodni, popełnionej w celu uzyskania korzyści majątkowej. A to miała być zbrodnia dla rozrywki. Nie wzięłaś ze sobą własnej muzyki?
- Wzięłam ale zgubiłam ja w szafie no i został mi tylko ten Bach.
No to sie nie dziw, żeś nie miała przyjemności z morderstwa. Do każdego morderstwa trzeba odpowiedniej muzyki, czyż nie uczyłam cię tego. Do mordowania dla przyjemności jest Strawiński, Prokofiew, Bartok. Do zabijania z miłości jest Czajkowski i Ravel. Ach, ty zakuty łbie.

Inspektor próbował przełamać załamanie rąk i nóg. Nieskutecznie. Załamanie trwało, co wcale inspektora nie cieszyło. Zawsze po załamaniu rąk i nóg, wyjątkowo ciężko było wyprasować inspektorski mundur. Z głośnika wciąż dobiegał Bach. Inspektorowi pozostało słuchanie go…

I oto Bach, pomagający w pracy i w koncentracji soku pomidorowego, przyniósł pod swoją pachą myśl. Myśl, że teraz przyszedł czas na powrót pierwszego tematu, ergo — kot wróci po swój bambosz! Koty przecież zawsze wracają po magiczne bambosze, nieprawdaż?

Rażony tą myślą jak wieloryb harpunem. inspektor pochwycił singularny wątek w mocarne dłonie i począł liczyć od nowa:
- Bambosz, szt. 1, poszukiwany kot, szt. 1, brylant ,szt, 1, sztylet, szt. 1… Zaraz, zaraz… czegoś tu brakuje!
Praktykant B. wpatrywał się w inspektora jak sroka w kość. Wydawało się wręcz, że pożre go wzrokiem. “Czegóż jeszcze mogę nauczyć się od tego tytana kryminalistyki?” - przelatywało mu przez mocno skudloną głowę. W tym momencie inspektor skoczył jak polny konik i wykrzyknął:
- Eureka! Mam! Znalazłem! Wykryłem!
- Co pan znalazł i wykrył, Szefie? - zapytał oszołomiony B.
- Znalazłem i wykryłem niedobór! Brakuje 1 denata w il. szt. 1!
- Szefie, jest pan geniuszem dochodzenia! Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś dochodził tak jak pan. Jest pan Bachem! Co ja mówię, Bachbachem! A nawet Bachbachbachem! - praktykant B. nie mógł znaleźć słów na wyrażenie swojego podziwu.
- Tak, tak, mały - Pak łaskawie poklepał praktykanta po grzbiecie - słuchaj i ucz się. Kryminał bez trupa to jest zbita…dupa!

To od czego zaczniemy? - praktykant B. dopominał się o zajęcie jak mały chłopiec o odpustowy pistolet na kapiszony.
- Od kawy - inspektor rozcierał długo załamane nadgarstki. - I zmień mi tego Bacha na coś bardziej rozbrykanego. Jeden Bach wystarczy - dodał podkręcając wąsa pod nosem.
- Może jakąś symfonię Beethovena?
- Bez przesady. Mamy przy tym pracować - Pak nie był przekonany, czy rola śledczego to najlepsza ścieżka kariery dla B.
- Rubik…? - zasugerował niepewnym głosem praktykant.
Inspektor chciał zrazu powiedzieć B. kilka nieprzyjemnych słów, ale po chwili zastanowienia uznał, że ktoś, kto potrafił przykuć uwagę świata do niewielkiej kostki, może i im pomóc przykuć ich uwagę do istotnych dla sprawy szczegółów.

Nalezy bezzwlocznie powiadomic Te’esa Eliota - powtarzal w myslach kot, podazajac w kierunku przeciwnym od swiatel wielkiego miasta. Zapadal zmierzch i czul na futrze, na nosie i na lapach pierwsze krople nadciagajacej ulewy. Przypomnial sobie, ze na polce w gabinecie inspektora Paka zostawil trzy ostatnie tabletki fortekoru-5. Zaiste, pomyslal, kwiecien jest najokrutniejszym miesiacem. Bedzie musial wytlumaczyc jak zgubil wyhaftowanego bambosza, w jakim pospiechu musial skakac po dachu garazu, przeskakiwac przez ploty, zanim znalazl sie na tej ciemnej pustej drodze oswietlanej jedynie upiornym swiatlem ksiezyca, ktory chowal sie i wyplywal zza chmur. Wyobrazil sobie, ze Eliot siedzi pewnie teraz w swoim przytulnym, wygodnym salonie, w kominku wesolo buzuje ogien, i a z gramofonu plyna dzwieki czterech kwartetow.
Eliot nie bedzie zadowolony, zwlaszcza kiedy dowie sie o zgubionym haftowanym bamboszu, myslal z rezygnacja kot. Z futra strumieniami splywala woda, od spodu byl caly pochlapany blotem.
Zaczelo blyskac. I za chwile grzmotnelo.

Ale bardziej od grzmotu wstrząsnęła kotem rozmowa, którą prowadziły dwie osoby przeciwnej płci. Nieznajomi, gdyż oni to byli, pewni, że nikt ich nie słyszy, mówili głośno:
- Ja zajmę się komisarzem Fomą, to zajmie mi 10 minut, a ty w tym czasie sprzątniesz inspektora Paka, raz próbowałaś - jak się okazało marna z ciebie morderczyni.
- Dobrze, naprawię błąd, mam I koncert fortepianowy Prokofiewa przy sobie, przy tej muzyce nawet dziecko by zabiło. Oczywiście dziecku bym nie pozwoliła. Mam nadzieję, że będzie to cudowne morderstwo, przewiduję nawet orgazm.
- No, no, nie zapędzaj się aż tak daleko, radość wystarczy. Idziemy.
Udali sie w kierunku komisariatu. Kot postanowił działać i przeszkodzić w zbrodni.

Targaly nim sprzeczne uczucia i dreszcze pod mokrym, zmierzwionym i oblepionym blotem futrem. Wiejska posiadlosc Te’esa byla w zasiegu lapy i slipiami duszy widzial siebie rozciagnietego na perskim dywanie przed kominkiem, wielka dymiaca miske rosolu z ucziwymi kawalkami organicznego kurczaka plywajacymi wsrod tlustych ok i posiekanej pietruszki. Eliot z pewnoscia by poprsil swa dochodzaca, aby go nakarmila i otarla z blota duzym puszystym recznikiem zanim on, kot zacznie opowiadac, jak zgubil bezcenny wyhaftowany bambosz.
Staral sie zagluszyc w sobie ten syreni skowyt wolajacy go aby starczym truchtem pognac do rezydencji Eliota.
Jednak glos sumienia, jak zawsze, wzial gore. Sluzba nie druzba i jeszcze dane mu bedzie pokosztowac niejednej miski kurzego rosolu, pocieszal sie w duchu..
Zaczal ostroznie skradac sie za oddalajaca sie w ciemnosci parą. .

Dziecięce rozbrykanie praktykanta było, wbrew pozorom, poważnym problemem dla wydziału śledczego. Sam Komisarz zajął się tym problemem i udzielił Pakowi odpowiednich instrukcji. Wiedziony pedagogicznym impulsem inspektor wezwał szczeniaka na dywanik i oświadczył:
- Słuchaj no, B. Od dzisiaj żadnych Pepików, Rubików, Bobików, Beciów, Eciepeciów i innych zdrobnień. Przechodzisz do wydziału Czystej Fomy, czy ci się to podoba, czy nie. Tam nauczysz się, czym naprawdę jest…
Tu Pak zakrztusił się własnym wąsem i z rezygnacją machnął nie całkiem jeszcze odmiętą ręką:
- No, w każdym razie czegoś tam się nauczysz. Dobre i to.
- Ale, Szefie - zaskomlał praktykant - ja w takich warunkach nie mogę pracować!
- No, B., nie przesadzaj - zbagatelizował Pak. - Parę kopniaków zawsze się przyda. Wprawdzie nie wiem dokładnie do czego, ale jak komisarz tak uważa, to jakąś wyższą, niezaprzeczalną słuszność musi to mieć.
Przed praktykantem B. rozwarła się czarna dziura. Nowy wydział? Z szefem, który nie cierpi zabawy? Tak niewrażliwym, że nawet nie zauważył, że ja tego Beethovena… Nie, tak być nie może. To już lepiej własnozębnie odgryźć sobie głowę…
Tu B. zrozumiał nagle, jakie zadania stawia przed praktykantami dentologia zawodowa. Wyszczerzając zęby i pomijając wszelkie drogi służbowe wpadł do gabinetu Komisarza i zameldował:
- Wicie, rozumicie, Komisarzu, zrozumiałem swoje błędy! Przyjąłem niewłaściwą konwencję i to musiało się zemścić. Darujcie, nie bijcie, nie karzcie Rubikiem. Doznałem olśnienia i będę się dawał prowadzić już tylko na waszych linkach. No, chyba że mi się do jutra odmieni…

B. czy ty przypadkiem nie powineneś najpierw zapukać? - odpowiedział spokojnym chłodem komisarz Foma. - Nie jesteś u siebie, żeby wpadać kiedy ci się podoba.
- Ale ja myślałem… - praktykant stwierdził zrozpaczony, że znowu przyjął niewłaściwą konwencję.
- To bardzo dobrze, że myślałeś. To się przydaje. A teraz, skoro już tu jesteś i przerwałeś mi pracę, to może siądziesz i powiesz mi o co chodzi z tym Rubikiem i linkami?
B. siadł niepewnie. Według korytarzowej wiedzy od złości Fomy gorszy był tylko jego, doprawiony sarkazmem, chłodny spokój.
- Słucham - komisarz zachęcił do zwierzeń i pokręcił głową, aż słychać było strzelające kości.
- Bo mi powiedziano, że mam przyjść do pana Wydziału…
- Biura, B., biura. Jak gdzieś idziesz, dobrze byłoby najpierw sprawdzić, kto tam siedzi i jak się nazywa: nazwisko, stopień, tytuł naukowy, prawidłową i potoczną nazwę komórki itd.
- Ale inspektor Pak powiedział, że…
- To bardzo dobrze, że inspektor miał czas z tobą porozmawiać. Szczęściarz z ciebie.
- No powiedział, że przechodzę do pana.
- Chyba źle zrozumiałeś. Nie miałeś przejść, tylko przyjść.
- Ale mówił że mam iść do Wydziału Czystej Fomy - praktykant upierał się niewiadomo czemu przy swoim.
Komisarz westchnął ciężko. Widać, że Pak jeszcze nie doszedł do siebie po zamachu i parę rzeczy zaprezentował inaczej niż ustalili.
- Czystej formy. Uważaj na literówki, nawet w mowie - poprawił po ojcowsku Foma. B. po raz kolejny stwierdził, że przyjął niewłaściwą konwencję. - Dalej pracujesz u inspektora Paka. Ze mną masz tylko lekki coaching. Ogląd trochę innych spraw. I możesz mi się wyspowiadać ze spraw, z którymi boisz się pójść do inspektora. - Komisarz ponownie się przeciągnął, tym razem napinając po kociemu grzbiet. - Teraz wracaj do siebie. A po drodze zrób skrót z ustaleń z analizy zadrapań na bamboszu. Sugeruję zrezygnować z wykresów. Inspektor za nimi nie przepada. Co innego funkcje…
B. nie wiedział czy się cieszyć czy płakać. Niby nie przeszedł do komisarza Fomy, a jednak przeszedł. Niby pracował nadal dla inspektora Paka, a jednak nie on wydawał mu polecenia. “Koniec z Czystą Singularnością” pomyślał. I z tym odkryciem, niosąc pod pachą sążnistą analizę, poszedł do inspektora.

Inspektor Pak spodziewał się odwiedzin. Denatki przecież nie odchodzą tak sobie z miejsca zbrodni. A i koty wracają po zgubione bambosze. Teraz trzeba tylko wszystko przygotować, tak jak było to wczoraj. Wyjąć CV kandydatów, rozrzucić je losowo po biurku i zaplamić herbatą. Gotowe! Inspektor więc zamienił się w czekanie, a poranne, rześkie powietrze mieszało się z ciszą, jak kawa z mlekiem.

~ Inspektor to wyżej od komisarza. Wiem. Sprawdziłem na wikipedii ;)

Na korytarzu zatupały kroki. Inspektor Pak zarzucił czystą singularność, na rzecz binarności; tak, by jednocześnie siedzieć przy biurku i przeglądać CV, oraz stanąć za drzwiami i zaobserwować plecy wchodzącego.

Drzwi się otwarły. Inspektor nie widział wchodzącego, a tylko coś, co wchodzący niósł pod pachą. Coć naprawdę dużego. Wielkiego wręcz. Jak armata, “Wojna i pokój”, albo sążnista analiza…

A to Ty Bobik! — wypuścił uwięzione w sobie powietrze Pak. Cóż, powietrzu też należą się jakieś prawa obywatelskie, a nie tylko wdech-wydech-wdech-wydech…
— Przyniosłem analizę od komisarza Fomy — odpowiedział Bobik.
Inspektor spojrzał z uznaniem na analizę. Duża, solidna, niebieska i wszystko rozkłada na czynniki pierwsze — zauważył, znów powracając do singularności.

Analiza komisarza Fomy była wyborna. Odpowiednio doprawiona, nie za słodka, nie za zimna, taka w sam raz. Bobik i Pak wspólnie się nią racząc zapomnieli już o pułapce, oczekiwaniu na kota i byłą denatkę — afera z trupem w szafie stawała się już rodzajem intelektualnej gry, gdy pod oknem rozległ się niepokojący szelest…

Praktykant nastawil uszu i zamarl w bezruchu przyjmujac pozycje gotowosci do skoku przez okno.
- Uauu - uslyszeli w ciszy, ktora zapadla. Bobik ostroznie zblizyl sie do okna. W gestych zaroslach dostrzegl cos szarego, oblepionego blotem. Rozwazal w mysli czy jest to jeden z tych krolikow, ktorych sie ostatnio tak namnozylo. Z drugiej jednak strony, czy kroliki mowia “Uauu”? I czy mowia “Pssst”, jak wyrazmie dobieglo ich uszu we wspomnianej przed chwila ciszy?

Ujrzawszy toto komisarz Foma udał się do pobliskiej knajpy. Lata wytężonej służby spowodowały, ze realnie myśleć potrafił jedynie w zamglonych pomieszczeniach. Właśnie tu, w oparach wina i potu dochodzącego z sąsiednich ław poczuł się swojsko. Po chwili doszedł do wniosku, ze sytuacje, którą przed chwila zobaczył raz już widział. Kolejna szklaneczka czerwonego wina upewniła go, ze było to właśnie …..czerwone wino!

Inspektor Pak lubił przestępstwa z letniej kolekcji. Są takie lekkie, przewiewne, często w jasnych kolorach. I pomyślał o tych starych, szarych czasach, gdy ludzie mordowali się tak samo zimą, wiosną, latem i jesienią…

Od tych refleksji oderwało inspektora “Uauu” dobiegające zza okna. Bobik był na posterunku, ale nagle inspektor sobie uświadomił, że choć z jego punktu widzenia to realny, zewnętrzny świat został przygwożdżony oknem, to jednak z punktu widzenia zewnętrznego, realnego świata jest dokładnie odwrotnie — okno stanowi potrzask nie dla kogoś kto wydawał z siebie “Uauu”, ale komisarza Fomy, sekretarki-doktorantki Ali, czy niego samego. Trzeba to zmienić, postanowił i sięgnął po słuchawkę telefonu…

Słuchawka dała się sięgnąć zdumiewająco łatwo. Z rozmachem trzepnęła inspektora w ucho i wycharczała sfanatyzowanym szeptem: “Kto nie z Beciem, tego zmieciem”.
Pokój wypełnił odór ody, a oblicze Paka pokryło się.
- Praktykancie, Ludwik wyszedł.

Uauu…. Psst… — dźwięki przerażone milkły w obliczu pełnej niepokoju ciszy, nie mając odwagi spojrzeć jej prosto w oczy. — Nawet Becio by tego nie zniósł — pomyślał, czając się z czajem pod pachą.

Cisza była coraz bardziej przerażona stagnacją stygmatyzującą o i nieobecnych. Z wysiłkiem napęczniała jeszcze trochę i banalnie pękła. Walnęła praktykanta w pozycję, a Paka w czajnik tak skutecznie, że obaj w okamgnieniu odgwoździli okno i łącząc to co na górze z tym co na dole, wyciągnęli w zapraszającym geście wszystko co mieli.
- Mało!!! - wrzasnął kot łaskawie wskakując Pakowi w objęcia. - Ręcznik, rosół i komisarza, ale już!!!
Cisza z satysfakcją rozejrzała się uważnie, poprawiła z odrazą Odę i wyszła.

Słysząc hałasy inkrustowane ultimatum, komisarz barykadował się w swoim biurze. “Nie jestem rybą. Żywcem mnie nie wezmą” - ślubował niczym Wołodyjowski pod Kamieńcem. Na wszelki wypadek na drzwiach i oknie zawiesił kartki z napisem: “Zarobiony jestem. Nie ma mnie dla nikogo”.

W obliczu tak wstrząsających wydarzeń nadal rozpierany młodzieńczym entuzjazmem praktykant postanowił porzucić czyszczenie formy i zająć się realiami. Albo chociaż jednym realiem, stosownie do swoich sił i środków. Pochwycił w zęby słuchawkę, która pod wpływem niespodziewanego ataku ujawniła swoją kościopodobną naturę, chrupnęła i pękła.
- No, o jednego wroga mniej! - ucieszył się B.
W tym momencie jego uwagę zwróciło miarowe charczenie, wypierające z gabinetu nawet odór ody. B. obrócił się i ujrzał powiększający się wytrzeszcz oczu Inspektora, skoordynowany z przybieraniem barwy indygo przez szlachetne oblicze. “Cóż za poczucie rytmu!” - zdążył się zachwycić pryktykant, zanim krzyknął ostrzegawczo:
- Szefie, krawat!
Jeszcze chwila i byłoby za późno. Kupiony na letniej wyprzedaży krawat Paka okazał się być zbirem wynajętym przez fałszywą denatkę. B. jednym susem dopadł szyi Inspektora, zerwał z niej morderczy szczegół garderoby i zaczął wściekle szarpać coraz bardziej opadający z sił węzeł. Krawat raz jeszcze zaryczał “uauuu”, zwinął się w kłębek i wyzionął ducha.
- Sądząc po zapachu, był to duch Becia. - zauważył Pak. - Miejmy nadzieję, że nie będzie nam tu straszył!
- Inspektorze, myśli pan, że Szefowa będzie zadowolona? - ostrożnie zapytał praktykant. - W końcu w zleceniach. które nam zostawiła nic nie było o rozprawianiu się z Beciem.
- Co z oczu, to i z serca! - pocieszył go Pak. - Szefowa zajmie się J.S. albo W.A. i zapomni. A zresztą, jak znajdziemy wreszcie jakiegoś trupa, to wszystko inne przestanie się liczyć. Do roboty, chłopcze!
Po czym, patrząc z jadowitą satysfakcją na strzępy krawata, dodał:
- No, ten to już raczej nigdy nie będzie miał czystej formy!

Bububu- powiedział Kot i poszedł.

BuBaBu - poprawił nieobecnego już kota Inspektor PAK, obeznany w nurtach literackich Wschodniej Europy.

Jak mówię, że Bububu, to Bububu, mruknął Kot zza drzwi. Chociaż w prognozie nadawali deszcz…

Inspektor postanowił wreszcie coś zrobić, posunąć jakoś śledztwo do przodu, bo stało jak wryte i wpatrywało się w niego wielkimi, hipnotycznymi oczyma.
Pak chciał już sięgnąć po słuchawkę, gdy zorientował się, że słuchawka jest nieżywa. Drugi trup, a sprawdzów wciąż nie mamy — przemknęło mu przez myśl. Pozostawała tylko jedna droga — inspektor wyjął łyżkę i zaczął stukać w kaloryfer:
puk stuuuk stuuuk puk puk stuuuk stuuuk puk puk puk puk stuuuk puk stuuuk puk puk puk puk stuuuk puk puk stuuuk puk stuuuk stuuuk stuuuk stuuuk stuuuk stuuuk stuuuk stuuuk stuuuk puk puk puk stuuuk stuuuk stuuuk stuuuk puk puk puk puk puk stuuuk puk stuuuk puk puk stuuuk stuuuk puk stuuuk puk stuuuk stuuuk puk puk puk stuuuk puk puk puk stuuuk puk puk stuuuk stuuuk puk puk stuuuk puk stuuuk puk puk stuuuk stuuuk puk puk puk
Co znaczy: Pani Alu, Fomo, Bobiku, czas na narade!

Przydałby się Podhalański w takiej chwili… dobry był w sprawie bobków, dobry a kamuflacji, może by i teraz coś wymyślił. Byleby tylko nie seplenił!
No i gdzie sie podział Szwajcarski Łącznik?!
PAK-owi aż z tego wszystkiego pomylił się alfabet Morse’a, kropki z kreskami wystukiwane łyżeczką w kaloryfer.

Bobik, komisarz Foma i sekretarka-doktorantka Ala zjawili się w komplecie, choć przecisnąć się przez szparę w zabarykadowanych drzwiach nie było łatwo. Szczęśliwie drzwi pamiętające słusznie zapomnianą przeszłość nie stawiały oporu policji.
– Zacznijmy od kota — powiedział inspektor, a Bobik aż zjeżył się na wspomnienie. — Od kota — wymówił miękko, puszyście i kocio przeciągając głoski inspektor. — Kot jest ważnym świadkiem. Miauu… I mamy na niego teczkę — tu inspektor zademonstrował teczkę z ukrytym wewnątrz bamboszem i dwoma sfałszowanymi raportami, których wczoraj jeszcze nie było… — Bobiku, ten trop to twoje zadanie!
Bobik zasalutował i podjął ten trop.
– Pani Alu, tylko na panią możemy liczyć — musimy znaleźć byłą denatkę. Co najmniej jedną. Bo co to za kryminał bez trupa? Proponuję zacząć od Brunszwiku w sprawie sukienki.
– Fomo, komisarzu, przyjacielu, wiem że bardzo liczycie na urlop. Ale jest czas urlopowy! Sami rozumiecie, że nie można! Widzicie, rozumicie, ale odciążymy was trochę — zajmiecie się robotą analityczną na miejscu.
– A pan inspektorze? — zapytał komisarz.
– A ja? Widzicie to?! — A oczy komisarzowi naprawdę się otwarły.

O! -zebrani wydali okrzyk zgrozy. Dotąd biurko zasłaniało lewą dłoń komisarza i to co w niej trzymał, teraz uniósł rękę do góry i okazało się, że była to głowa starej kobiety, z odrażającym wyrazem twarzy. Z szyi, widać odciętej ostrym narzędziem, stale jeszcze kapała krew.
- Trzeba natychmiast zawiadomić kogo trzeba, to znaczy sprzątaczkę, spójrzcie tylko na dywan - zawołała sekretarka Ala.
- A co to za maszkara, wygląda jak głowa Meduzy - powiedział Bobik
- To założycielka Stowarzyszenia Muzycznych Morderców. Babina sobie uroiła, że odpowiednio dobrana muzyka prowadzi do zbrodni, zebrała grono wyznawców i ćwiczyli się w rzemiośle. Popełniali morderstwa do dobranej muzyki. Ale teoria, że muzyka pomaga w zbrodni ma taki związek z realnym życiem jak te wszystkie teorie spiskowe. Dziś wraz ze swoją uczennicą planowała zabić mnie i inspektora. Ale niezdarna uczennica pomyliła się i nastawiła Mozarta zamiast Prokofiewa. Chcąc naprawić błąd popełniła kolejny - nastawiła Cudownego Mandaryna Bartoka. A wtedy jej ręka, w której trzymała brzytwę sama skierowała sie w stronę szyi nauczycielki - i oto rezultat.
- No dobrze, a gdzie ta uczennica, to chyba ona chciała pana kiedyś zamordować - zapytała rezolutna Ala.
- Ha! - odparł komisarz. - To właśnie jest najgorsze.

To właśnie jest najgorsze — podjął inspektor. — Grupa wyrwała się spod kontroli. Teraz ludzie ze specjalnymi implantami w mózgach profesora Ze Ena, multiplikującymi muzyczne doznania i destylującymi z nich mordercze odruchy chodzą po ulicach, po supermarketach, po…
– Nie! — krzyknęła Ala. — Co tam leci?!!
– Tak — co oni tam puszczają! — przytaknął inspektor. — Przy tym, co tam puszczają morderstwa Rubikowe, których serię ostatnio badaliśmy to małe piwo.
– To ja skoczę po duże! — wyrwał się komisarz Foma.

Lecz Foma nie zdążył. Oto oczom ich ukazał się Kot. W jednej łapie trzymał cienką książeczkę, w drugiej imbryk, z którego unosiła się para. Bububu, mruknął, wertując książkę. Spostrzegł Inspektorów i wpatrywał się dłuższą chwilę zimnym, obojętnym wzrokiem. Poszukiwacze Jedynego Prawdziwego Znaczenia Rzeczy, mruknął, pobłażliwie kiwając głową. Zaskoczenie, przerażenie, oburzenie ujawniły się na twarzach Poszukiwaczy, gdy spoglądał tak na nich z upiornym uśmiechem. Tak, to prawda, powiedział, pociągając z imbryka, jam jest mordercą tej tego jakmutam. Inferno nie trwoży mnie. Kabaliści, templariusze, masoni, piramidolodzy, różokrzyżowcy,voodooisci, emisariusze Świątyni Czarnego Pentagramu ze Środkowego Ohio zebrali się i krążą wokół w poszukiwaniu tajemnicy. Nadzieja jedyna to kokaina… miauknął i pociągnął z imbryka. Czarna Pantera. Spotkajcie się ze mną na dworcu centralnym dziesięć po jedenastej. Bububu, powiada Wittgenstein. Jak będzie pogoda, pójdziemy do kina.

BuBaBu - nie mógł się powstrzymać przed poprawieniem kota Inspektor Pak.

Praktykant B. wciąż jeszcze nie mógł osiągnąć poziomu zalecenego przez Komisarza. Włóczył się po K. wydając z siebie ciche jęki w rodzaju “o, jak pięknie” albo “o, kurczę, ja nie mogę”, tracąc przy tym cenny czas, podarowany mu przez przypadkowe społeczeństwo blogowe. Czas powrotu Szefowej zbliżał się nieuchronnie, podczas gdy B. żywcem przysysał się do wydłużonych szklanic i w podchmielonym widzie lizał po łysinach śpiących na progach kamienic wczorajszych. Trupy bliźniaków oddalały się w coraz bardziej nierealną przeszłość…

Ale ta nierealna z pozoru przyszłość nieubłaganie nadejdzie. Natura nie była łaskawa dla bliźniaków przy rozdzielaniu swoich darów, toteż na dar nieśmiertelności bliźniaki nie miały co liczyć.
Nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, zadzwonił telefon komórkowy Fomy. Był to SMS nadany przez nie wiadomo kogo. Foma spojrzał:
QUANDO OS OTROS TE BATEM, BEIJO- TE EU - taka była treść przysłanej wiadomości. Co to znaczy - zaczął się zastanawiać ale nic nie mógł wymyślić.

Porke me estas molestando?! - pomyślał głośno.

I zaraz potem – mucho trabajo... mucho trabajo....napić się i spać dzisiaj, pracować jutro!

No i przygotować raport dla Kierowniczki... ale tym obarczymy sekretarz Alę. Niech sie kobita nie obija! Podlewanie kwiatków jej w głowie, a tu takie ważne sprawy!

Foma wychylił szklaneczkę whiskey (Canadian Club) i padł na łoże. Puste, jak zwykle.

Dziesięć po jedenastej zbliżało się wolno, lecz nieubłaganie. Na nic zdały się pisma i podania o nienadchodzenie; na nic skrytobójcze próby. Foma nie miał już czasu by przesłać wiadomość do korepsondencyjnej współpracowniczki — Alli, z prośbą o przetłumaczenie.

Niestety, Alla była nieobecna, a czas mijał bezproduktywnie, przeciekając przez palce wolnej ręki komisarza. Na zewnątrz zaś, niczym elektrony, krążyły bojówki Stowarzyszenia Muzycznych Morderców. Dekapitacja przywódczyni Stowarzyszenia nie osłabiała ich siły bojowej. Wręcz przeciwnie, dotychczas stałe orbitale wewnętrznych powiązań utraciły swój kwantowy charakter i nieubłaganą spiralą zaczęły zbliżać się do głowy-jądra, trzymanego w drugiej ręce komisarza.

Tak, głowa była jądrem, ale jądrem lewym. A gdzie jest jądro prawe?
Może to ten SMS. Komisarz przywołał Bobika.
- Bobiku, ty będziesz wiedział co to znaczy.
Bobik przeczytał: QUANDO OS OTROS TE BATEM, BEIJO-TE EU.
- To proste, po portugalsku znaczy to: kiedy inni cię biją, ja cię całuję.
- Po portugalsku! No, to wszystko się wyjaśnia - zawołał komisarz. W tej chwili wyglądał jakby doznał iluminacji.

Iluminacja była bardzo przyjemna. Łagodnie krążyła wokół głowy komisarza, który upojony tak rzadką okolicznością - kiedy to było ostatni raz, zastanawiał się - z satysfakcją sięgnął po teczkę personalną Bobika.
- Że też nie pamiętałem o jego portugalskim…, ale by więcej tego błędu nie popełnić, otworzył akta i rzucił okiem w CV.
No, zuch, zuch chłopak - powtarzał czytając długaśną listę umiejętności swego pomocnika: szwajcarski, brazylijski, luxemburski - zuch chłopak…
Ale, ale!
Na liście nie było portugalskiego….

Tymczasem do księgowości Komendy Policji niby armatni pocisk wpadła faktura za iluminację komisarza Fomy, opiewająca na 9 999 999, 99 zł, a wystawiona przez zakład energetyczny.
– Oby nam się to opłaciło — pomyślał inspektor Pak po odebraniu telefonu z księgowości…

-Luzik - uspokoił komisarz inspektora. - To jakaś pomyłka, złożymy reklamację. Iluminacje mam w abonamencie. Sześć iluminacji miesięcznie. W tym miesiącu zużyłem dopiero cztery…

Alu, poproś tu główną księgową - wydał polecenie komisarz sekretarce. Ala natychmiast skierowała swoje piękne nogi w kierunku pokoju głównej księgowej. Pokój ten obecnie nazywał sie gabinetem, na drzwiach lśniła tabliczka z prawdziwego tombaku: Expert Comptable mgr Eulalia Pędrak.
- Szef prosi, natychmiast.
Mgr Eulalia Pędrak tłumiąc gniew ruszyła z sekretarką do gabinetu szefa.
Poproszona o wyjaśnienia w sprawie iluminacji wypaliła:
- Prawdopodobnie dwie ostatnie iluminacje zaksięgowano podwójnie ze względu na przekroczony limit czasowy, zresztą nie dysponuję pełną wiedzą w tym zakresie.

To sprawa dla Podhalańskiego - pomyślała pani Ala. Ma nos, niech wywącha, co z tymi rachunkami. Poza tym Bobik może mu pomóc, co dwa nosy, to nie jeden.
A poza tym… co z Fomą? Niby komisarz, a potrzebuje tylu iluminacji miesięcznie?! Może czas na emeryturę?
Starzeje się, co tu dużo mówić… I kosztuje nas zdecydowanie za dużo!

Tak sobie rozmyślała Ala podczas gdy mgr Eulalia Pędrak stawiała czoło pytaniom szefa.
- Nie sprawdzałam dokładnie faktur za iluminacje, ale oni raczej się nie mylą.
- Raczej! No nie! Taka księgowa doprowadzi nas do ruiny!
- Nie księgowa, lecz główna księgowa. I lepiej niech pan uważa, mogłabym niejedno powiedzieć tam gdzie trzeba.
- A co to, szantaż? - komisarz był wściekły.
-Nie obchodzi mnie jak pan to nazwie, posiadam pewną wiedzę, mogę nią dysponować i zrobić z niej użytek -aaaaa! - zakończyła krzykiem, bowiem Bobik ugryzł ją w łydkę. Chciał ją ugryźć lekko, ale nastąpił szczękościsk i chcąc nie chcąc zatapiał zęby coraz głębiej w mało apetycznej łydce. Księgowa zaczęła sie szamotać. Torebka, którą miała w ręku, otworzyła sie i wypadły z niej pastylki przeciw zaparciom i słownik polsko-portugalski.

Powiew świeżości połaskotał nagle delikatne nozdrza Podhalańskiego i Bobika. Zaintrygowani znajomym zapachem instynktownie powiedli wzrokiem w kierunku powiewu, który sączył się nieprzerwanie i uporczywie z przedpokoju sekretarza-doktorantki. Również komisarz wciągnął głęboko aromat snujący się po biurze i nieprzeparta żądza dopadła go jak grom z jasnego nieba: Podhalański, skoczcie no po małosolne!

Zwabiony powiewem świeżości i śliwowicy inspektor Pak zajrzał niby przypadkiem przez uchylone drzwi komisariatu. Zaaferowana pani Ala mignęła w przejściu rozsiewając apetyczną woń i olśniewając niesłychanie zwężonymi porami…

Allium porrum — pomyślał inspektor Pak — proszę, jaka trafna nazwa!

Allium porrum - to znakomity sposób na doprowadzenie lini krzywej do prostej. Wszelkie krągłości nikną przy użyciu metody polegającej na maksymalnym zwężeniu przedziału czasowego pory posiłków. Ileż w końcu można zjeść w przedziałe 13.20 - 13.21 ?
Zaaferowana pani Ala nie zauważyła, że od kilku dni otoczenie na jej widok wspomina coś o tartaku, składzie desek…
Inspektor Pak był jedynym, który nie brał udziału w tych rozmówkach, sposobił się pilnie do eksperymentalnego śledztwa z użyciem promienia lasera…

Tymczasem pewna Zamaskowana Dama przyglądała się z daleka wysiłkom grupy śledczych. Dobra nasza! - pomyślała - trupy niby były, ale się zmyły… ergo nie ma tu w nikim chęci mordu… i o take myźmy walczyliźmy - dodała w myślach historyczny cytat. - Ale śledztwo jest, i to nawet nabiera tempa… zanosi się nawet na użycie lasera… dobrze, zobaczymy, dokąd to doprowadzi, nie będę przeszkadzać! - To rzekłszy udała się na stronę…
Jeszcze przemknęło jej przez głowę: - Allium porrum… małosolne… śliwowica komisariacka… nareszcie! Wszystko lepsze niż tydzień jedzenia przesolonych ryb… A może to był jakiś wyrafinowany rodzaj zamachu ze strony Osculatiego - tydzień kulinarnej stołówkowej nudy? W końcu niejednego można się spodziewać po udającym Portugalczyka Włochu pochodzenia rumuńskiego…

Borago, nie borygo - łagodnie, jak dzieciom, tłumaczyła aspirantom tajemnicę swego cudownego odmłodnienia pani Ala. Kokieteryjnie poprawiając błękitne kwiatki we włosach niosła szklaneczki grzechoczące apetycznie kostkami lodu w stronę komisarskiego biurka. Nagle stanęła jak wryta, a przerażenie rozszerzyło jej źrenice i pory. Spośród fantazyjnie zamrożonych kwiatków ogórecznika i krwistoczerwonych malin ze szklanki spoglądało na nią lodowato ludzkie oko o tęczówce zielonej jak linoleum, na które się bezgłośnie osunęła…

Tak się kończy kwestionowanie autorytetu przełożonego, nawet w myślach - mruknął pod nosem Foma i wyjął ze szklanki pływające oko.

Było to bowiem nazwyklejsze, pospolite oko opatrzności ze sklepu na rogu a 2,3 zł/szt.

Choć oko pochodziło ze sklepu, to nie zostało nabyte za 2,3 zł/szt (plus VAT) — u sekretarki-doktorantki Ali stawiło się ono w charakterze świadka. Bo jako oko na niejedno się napatrzyło…

W przepastnej szufladzie komisarza, wśród dowodów i poszlak ze spraw minionych oraz różnych paprochów, recepturek i nieodwracalnie zdemolowanej kostki Rubika spoczywał w osobnym etui palec opatrzności trzymany na szczególne okazje. Tym razem wystarczyło tylko oko, które Foma oblizał starannie z resztek śliwowicy i wytarłszy schował do pudełeczka z imponderabiliami. Iluminacja nad głową komisarza jarzyła się resztkami energii…

Komisarz uznał, że w obecnym stanie ducha i zapracowania, niepotrzebnie trwoni cenną iluminację. Szybko zebrał jej resztki do pustej szklanki i kazał Bobikowi zanieść ją do gabinetu isnpektora Paka.