Jak już wspominałam, dzieło powinno zacząć się od hymnów pochwalnych na cześć świetlanej postaci Króla / Królowej (w naszym przypadku oczywiście pani Kierowniczki). Wszystko co się rusza wychodzi / wypełza wtedy na scenę i żarliwie śpiewa :-)

Proponuję modyfikację, którą poddała sama Adresatka w Gotowalni. Adresatka unosi się na szpilkach nad bazyliką w Licheniu. :D

x Nagle z licheńskiego minaretu (patrz:nemo w Gotowalni) wypływa chmara ośmiornic, które usiłują ideologicznie wpłynąć na Panią Kierowniczkę. P.K., energicznie wymachując uszpilkowanymi stopy, wzywa na pomoc Koty. Tu następuje Aria Do Kota, którą śpiewa drugim, zapasowym głosem przebrany za Kierowniczkę woźny.

x Nikt nie wie, że woźny trzyma w piwnicy puszkę ze zbrodniczymi instynktami i potranszowanym na zgrabne kawałki sopranem słynnej Pandory. Podczas śpiewania arii niepostrzeżeniepodrzuca kawałki sopranu w miejscach strategicznych. Zwiedzione tym koty wpadają na scenę i już mają się rzucić na przebraną za irlandzkiego wilczarza Kierowniczkę, kiedy…

..kiedy Kierowniczka pod wpływem jakiegoś tajemniczego wewnętrznego nakazu rzuca wszystko i udaje się na pielgrzymkę do Lichenia. Tam pragnie zaznać ukojenia. Dołącza do idących tam pielgrzymów - i na tle ich ponurycg śoiewów qwykonuje arię “Gdzieżeś mój spokoju wewnętrzny, gdzie”. Zwabiony boskim śpiewem Kierowniczki nagle pojawia się we własnej osobie sam…..

x…Spokój Wewnętrzny, pod postacią wielkiego dostojnego kocura. Myślał, że Kierowniczka wabi go w celach kulinarnych, a co najmniej pieszczotliwych. Kiedy widzi, że spotkał go zawód, wymiaukuje arię:
“Miau, miau, ach, com ja miał,
Co bym miał, gdyby ktoś mi dał”…

x … kiedy równocześnie z prawej i lewej strony sceny pojawia się Alicja z Krainy Kotów, która wyjaśnia na przemian z chórem, kogo należy drapać. Koty, szczekając koloraturowo, zwracają się przeciw ośmiornicom, które spływają w podskokach i kryją się w zakamarkach bazyliki. Złowrogi Woźny ucieka do Dakoty, zostawiając swój numer na komórkę detektywowi Rutkowskiemu. Alicja wychodzi dospać, zapowiadając, że wróci w drugim akcie. Na scenie zostają mruczące diminuendo Koty i wniebowzięta Kierowniczka. Kurtyna, koniec pierwszego aktu, owacje na szpilkach!

Psia aria:
“Ach, Kooość, ach, Kooość,
Ja nigdy nie mam jej dooość!
Hau hau, hau hau,
Niechby mi ją ktoś zabrał!
Ujrzałby zęby me,
Jak ostre - każdy wieee…”

No dobrze, to ja pociągnę kawałek

x Aria kota kończy sie niespodziewanym przez nikogo pojawieniem się psa. Kot ucieka, pies natomiast, nie bacząc na tłum pielgrzymów i złowieszczego przewodnika - obwąchuje sakwy podróżne pielgrzymów, nigdzie jednak nie wyczuwa kości. Wtedy zniechęcony śpiewa arię: “Ach. koość, ach koość”. I schodzi z widoku. W czsie tej arii kilka pielgrzxymek powodowanych zawiścią i zazdrością o piękny głos Kierowniczki ( a tym samym bardzo niebezpiecznej rywalki w zawodach o względy demonicznego przewodnika” nasączają buty Kierowniczki jadowitą trucizną. Ona sama w tym czasie została porwana “w dziką sarabandę snu”.

Nie, Piotrze, nie mogę się z Tobą zgodzić. Najwyraźniej nie zdajesz sobie sprawy z temperatury uczuć łączącyh psa z Kością. Rozstania, powroty, porwania, zakopanie żywcem - ileż tu możliwości dramaturgicznych! Tragiczne zakończenie też możliwe, np. Kość zostaje zatruta przez czarny charakter. Wtedy na początku Pies musiałby śpiewać arię taką:
x
Ach Ko,ści ma, ma Kooości,
ja zjadł, bym cię, z miłooości,
bo Kości czar
w mych żyłach żar
rozpala na, miętno-ho-ho-ści!

A potem, już po zjedzeniu zatrutej kości:

Ach jakiż ból rozpełza się
po łapach i ogonie!
Tak w trzewiach rwie, że chce się mnie
wypłakać gdzieś na stronie.
Lecz nie, o nie,
nie poddam się
i z Kością mą w mem łonie
zakończę życie swe!
Zakończę żyyyyyyyyyyyyyyyy
cie swe!